Licencja na zmienianie świata

Piotr Działak
22 grudnia 2011

Winda, którą jechałem, nie była zwyczajnym miejscem. Wyglądała raczej jak klatka, trochę jak windy w starych filmach, druciana, z drzwiczkami zamykanymi ręcznie z góry na dół. Ale w starych filmach nie było nigdy tylu dźwigni, przekładni, hamulców i zabezpieczeń. Do obsługi windy w starych filmach nikt też nie potrzebował specjalnego „prawa jazdy”. Ale one nie jeździły w olbrzymich wiatrakach…

Nie wiedząc, co zrobić z rękami, poprawiałem sprzączkę pasa bezpieczeństwa. Że też zachciało mi się podobnej maskarady! W skafandrze musiałem wyglądać zabawnie, do zostania członkiem NASA brakowało mi jedynie hełmu. Do przejścia miałem może około 45 metrów, ale sęk w tym, że metry te były rozłożone w pionie. 45 metrów? „Ile to będzie szczebelków?” – zerknąłem w stronę Allana. Allan był już starszym człowiekiem, powyżej sześćdziesiątki, z czego połowę spędził w wiatraku. Był jego kierownikiem, ale z racji stażu wyobrażałem go sobie bardziej jako jego strażnika. Był raczej samoukiem. Za młodu, kiedy jego rówieśnicy używali radia do słuchania rock’n’rolla, on zapewne wolał je rozkręcać. Operował największą na świecie elektrownią wiatrową, kiedy słowo „wiatrak” kojarzyło się jeszcze przede wszystkim z młynem.

Jeśli ktoś wiedział, ile szczebelków liczyła drabina, to właśnie Allan. „Nie mam pojęcia” – odrzekł. „Nikt nigdy tego nie liczył?” – „Na to wygląda” – „Będę zatem pierwszy!” Winda zajechała na górę, spokojnie odsunąłem właz i zacząłem przymierzać się do drabiny. Dysponowałem dwoma hakami zabezpieczającymi, przymocowanymi do „szelek” oplatających moje ciało. Zabawa polegała na tym, żeby zawsze co najmniej jeden hak był przyczepiony do drabiny.

Powoli ruszyłem w dół: 1…, 2…, 3… Była to jedna z tych chwil, kiedy zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jestem częścią jakiejś powieści, albo co najmniej wariackiego bloga. Wszystko ze względu na duże stężenie absurdów… Chociażby ta winda, którą teraz Allan powoli zjeżdżał na dół, uważnie patrząc, czy wszystko ze mną w porządku: Budowniczowie wiatraka odkupili ją ze złomowiska za symboliczne 100 koron…

8… Miejsce, w którym stoi wiatrak, samo w sobie jest ewenementem. Zostało założone na fali masowych ruchów społecznych pod koniec lat 60. Duńczycy domagali się zmian: równouprawnienia kobiet, pokoju na świecie, rozbrojeń, wolności słowa, sprawiedliwości społecznej, wolnej i praktycznej edukacji… Nie były to czcze pogróżki, bo obywatele oprócz naciskania rządzących, po prostu brali sprawy we własne ręce…

14… Powoli zacząłem się przyzwyczajać do drabiny, a monotonia przepinania haków sprawiła, że pogrążyłem się w myślach… To musiały być niesamowicie wesołe czasy, zupełnie odmienne od dzisiejszych supermarketowo-telewizyjno-karierowych. Zdumiewało mnie to, że grupa nauczycieli, idealistów, czy czasem po prostu zwyczajnych szaleńców postanowiła zakupić wspólnie ziemię, pobudować domy, szkoły, czy jeździć autobusami do… Indii, w ramach nauki. Bo jak inaczej dowiedzieć się czegoś o świecie, jak nie do świata podróżując? Osiedlili się w miejscu o nazwie Tvind.

19… Kilka lat później Danię dotknął kryzys naftowy. Rozgorzała narodowa dyskusja na temat alternatywnych źródeł energii. Rząd dosyć łatwo uległ lobby jądrowemu i dyskusja ograniczyła się wkrótce do kwestii wyboru dogodnego miejsca pod budowę reaktora atomowego. Duńczycy jednak byli zdecydowanie przeciwni temu projektowi. Trudno dokładnie powiedzieć dlaczego. Może nie uważali energii atomowej za prawdziwą alternatywę dla ropy i wiązali nadzieje raczej z odnawialnymi źródłami energii. Szczególnie, że to w Danii powstały pierwsze na świecie wiatraki produkujące elektryczność. Pierwszy dokonał tego Duńczyk Poul La Cour w Askov Højskole. Można dowiedzieć się więcej na temat jego i jego odkryć poprzez muzeum jego imienia.

25… Duńczykom nie podobało się też, że rząd podejmuje decyzję na tak ważny temat ponad ich głowami. Zorganizowali zatem cały ruch antynuklearny. To właśnie wtedy narodził się, słynny dzisiaj w całej Europie, żółty badge: „Energia atomowa? Nie dziękuję” (Atomkraft? Nej, tak!). Zatrzymałem się na chwilę, nie mogłem się oprzeć pragnieniu, aby spojrzeć w dół. Przy słabym świetle ciężko było dostrzec odległą podłogę. Nauczycielom z Tvindu rządowy plan naprawdę musiał się nie podobać, skoro zdecydowali się postawić tak pokaźną konstrukcję.

31… Spróbowałem wyobrazić sobie rok 1975, kiedy mieszkańcy Tvindu zdecydowali, że zbudują wiatrak, który będzie zaopatrywał w elektryczność całą ich społeczność. Umieścili zatem w gazetach ogłoszenie: „Poszukiwani wolontariusze-budowniczowie wiatraków”. Istnieli wtedy w Danii amatorzy, którzy eksperymentowali z małymi turbinami wiatrowymi, ale nie budowniczowie wiatraków. Równie dobrze można było umieścić ogłoszenie: „Poszukiwani konstruktorzy statków kosmicznych”. Na ogłoszenie odpowiedzieli bardzo młodzi ludzie, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z wiatrakami, mieli za to otwarte umysły. Tak powstał „Windmill Team”. Średnia wieku członków i członkiń teamu wynosiła 21 lat, a najmłodszy miał 16!

39… Żeby wyjaśnić sposób działania teamu, warto przyjrzeć się Wikipedii, która mimo krytyki jest bardzo błyskotliwym konceptem. Każdy może dodawać, edytować, dyskutować. Profesorowie i nastolatkowie, specjaliści i laicy, zawodowcy i amatorzy, wszyscy na takich samych prawach. Sprawia to, że na znaczeniu zyskują argumenty, a nie autorytet. Laicy też często zauważają błędy, których profesjonaliści nie są w stanie wyłapać, ponieważ przywykli do wyuczonych rozwiązań. Podobnie dzielni budowniczowie wiatraka: nie wiedzieli, że nie da się zbudować elektrowni wiatrowej, dlatego właśnie im się to udało.

47… Nigdy nie myślałem, że schodzenie po drabinie najbardziej zmęczy mi ręce, a ja chyba nie doszedłem jeszcze do połowy. Twórców wiatraka nie bolały jednak ręce, a co najwyżej głowy. Zanim cokolwiek zaczęto stawiać, całe dnie, a czasem i noce trwały dyskusje i testy. Brali w nich udział inżynierowie i naukowcy głównie z Danii, ale także z innych krajów, tak jak i około 300 000 gości z całego świata, którzy przez 3 lata budowy przewinęli się przez Tvind. Zwiedzanie było i do dziś jest darmowe, a wszystkie pomysły tam wypracowane są dostępne dla każdego bez żadnej opłaty. Zwiedzający nie zostawiali pieniędzy, ale coś o wiele cenniejszego: pomysły. Wszystkie decyzje podejmował jednak Windmill Team i nierzadko znacznie odbiegały one od dominującej opinii ekspertów.

55… To straszna prowokacja, tak sobie budować wiatrak pod nosem wszystkich. Z galerii na dole najlepiej pamiętam fotografię przedstawiającą kopanie fundamentów pod wieżę. Jest na niej mnóstwo ludzi, których zdecydowana większość nosi długie włosy. I tak ci długowłosi, przezywani przez sceptyków hipisami, lewakami, komunistami… wytrwale dzień po dniu tworzyli największy na świecie wiatrak. Na początku nikt nie brał ich na poważnie: „wariaci!”. Ale w miarę, jak roboty posuwały się NAPRZÓD, projekt zaczął budzić coraz większe uznanie i kontrowersje. Ludzie zaczęli powoli dochodzić do wniosku, że tym „hipisom” to się może naprawdę udać: „wariaci!”.

64… Zdaje się, że większość społeczeństwa liczyła na to, że wiatrak powstanie. Paliwa kopalne z uranem włącznie oznaczały dla nich centralizację produkcji energii, a co za tym idzie skupienie kontroli nad systemem oraz zysków w rękach nielicznych. Natomiast energii wiatrowej i słonecznej nie da się opatentować, oczywiście można opatentować technologię do ich pozyskiwania, ale samego wiatru i słońca nie. Nie trzeba się nikogo pytać o pozwolenie na ich użytkowanie. Gdyby udało się je ujarzmić i zatrudnić do produkcji elektryczności… A Tvind przecież od początku zamierzał udostępniać technologię wszystkim za darmo. Jeśli Windmill Team dopnie swego, każdy będzie mógł produkować energię u siebie i będzie niezależny od cen i zasobów surowców: wiatr i słońce są niewyczerpywalne! To bardzo pasowało do duńskich tradycji demokratycznych.

73… Była jednak również cała masa ludzi, którym elektrownia wiatrowa była nie na rękę. Przede wszystkim przemysłowcy, szczególnie ci, którzy dotąd zarabiali na wykorzystaniu paliw kopalnych, jak również ci, którzy liczyli na zyski z budowy elektrowni atomowej. Przez cały ten czas przeciwny energii wiatrowej był duński rząd, który gotów był inwestować miliardy w atom, ale na projekt Tvindu nie dał ani korony. Mieszkańcy Tvindu nie mogli również liczyć na żadne fundusze, ani tanie kredyty wspomagające innowacje czy nowych przedsiębiorców. Mówiono im: „nie możemy dać pieniędzy na projekt, który nie ma przyszłości”. Finansować więc musieli się sami. W pewnym sensie, mieli szczęście: w czasach kryzysu gospodarczego upadło wiele firm, od których można było odkupić mnóstwo sprzętu, często za symboliczną cenę. W ten sposób pozyskano: ciężarówkę-betoniarkę, prądnicę, hamulce, wał…

83… Mieszkańcy Tvindu łamali więc wszystkie „zasady gry”. Używając przesady: Jeżeli grupka hipisów ze złomu i własnych funduszy zbuduje wiatrak, który zrewolucjonizuje energetykę, to będzie to również rewolucja społeczna, praktycznie przewrót polityczny. Sukces kwestionowałby cały ustanowiony porządek: istnienie certyfikowanych specjalistów, monopoli technologicznych, energetycznych. Zadałby kłam twierdzeniu, że się nie da, twierdzeniu, że to rządzący i wielki przemysł mają wyłączność na podejmowanie decyzji, zmienianie rzeczywistości, wyzwoliłby w społeczeństwie mnóstwo energii do działania. Biorąc pod uwagę fakt, że społeczeństwo i tak było nastawione „rewolucyjnie”, nic dziwnego, że wielu polityków i przemysłowców reagowało tak agresywnie na budowniczych wiatraka. To też tłumaczy, dlaczego wiele brukowców wylewało pomyje na Tvind.

91… Zauważyłem, że posuwam się coraz wolniej, ale wytrwale do celu. Zupełnie jak Windmill Team. Bo to nie przypadek, nie przeczucie, nie jakiś dziwny zbieg okoliczności, że budowniczowie wiatraka dopięli swego. Udało im się dzięki ciężkiej pracy i wytrwałym analizom. Kiedy beton okazał się zbyt drogi, zdecydowali się robić go sami, ale zanim zalali pierwszy szalunek, przeprowadzili mnóstwo testów na jego wytrzymałość. Kiedy nie udało im się zakupić śmigła, wykonali je na miejscu. Nie mając ani komputerów, ani tuneli aerodynamicznych stworzyli zupełnie nowy profil łopatek. Profil, którego miniaturowa kopia i rysunki obiegły później Danię, tworząc podwaliny pod współczesny przemysł wiatrowy. Wcześniej wiatraki miały raczej niewielkie rozmiary i przystosowane były do bardzo szybkiego obracania się. Duże wiatraki obracają się wolno, ale za to z dużą mocą. Dzisiaj większość dużych wiatraków na świecie ma śmigła opracowane na bazie tvindowskiego modelu.

100! Wykrzyknąłem, niesamowicie z siebie dumny. Allan, wciąż podjeżdżając windą w dół, chyba nie podzielał mojego entuzjazmu, bo odrzekł tylko swoje: „OK, OK”.

103… „OK, OK” powtarzali studenci, którzy często przebywali na wiatraku. Ale z tego wciąż działającego eksperymentu można nauczyć się znacznie więcej. Po 33 latach działalności elektrowni, inżynierowie, naukowcy, nauczyciele, instruktorzy rozwoju i zwyczajni ludzie wciąż czerpią z niego inspirację i konkretne rozwiązania.

109… Czasem umniejsza się rolę Tvindu w powstaniu nowoczesnej technologii wiatrowej, ale prawda jest taka, że przed tym projektem eksperymenty z energią wiatrową były w fazie zaniku. I choć naukowcy już w latach 50. widzieli przyszłość w odnawialnych źródłach energii, była to często tylko intencja, albo bardzo dalekowzroczna wizja. Przemysł energetyczny ciągle podkreślał, że elektrownia wiatrowa nie ma przyszłości.

114… Kiedy w 1978 r., po trzech latach planowania i budowy wiatrak zaczął produkować prąd, świat posiadł namacalny dowód, że pozyskiwanie prądu z wiatru jest nie tylko możliwe, ale wydajne. Ruch antyatomowy zyskał potężny oręż w walce o Danię wolną od elektrowni jądrowych. Na bazie tvindowskiej elektrowni powstały wszystkie duńskie przedsiębiorstwa wiatrowe, które stopniowo łączyły się tworząc dzisiejszą firmę Vestas.

120… To tam też narodziło się Nordisk Folkecenter, które prowadzi eksperymenty z odnawialnymi źródłami energii. Wielu ludzi, którzy dzisiaj zajmują się energią wiatrową, kiedyś brało udział w pracach Tvindu. Tak było np. z Markiem Davisem z USA, który podczas wizyty w Tvindzie chwalił się, że kiedyś przez 2 miesiące budował tutaj wiatrak. Teraz buduje wiatraki w Kalifornii.

127… Podobnie jeden z menadżerów Siemensa, jednej z największych korporacji energetycznych na świecie, odwiedził Tvind ze swoim ojcem jako mały chłopiec. Twierdzi, że na miejscu zdecydował, że wiatraki to jest to, co chce robić w życiu. Do dziś w całej Danii można spotkać ludzi, dla których praca przy budowie wiatraka zadecydowała o ich późniejszym życiu.

134… Dzisiaj, po 33 latach wiatrak wciąż stoi, wciąż produkuje energię i wciąż inspiruje. Goście z Chin czy Afryki przyjeżdżają, aby dowiedzieć się więcej o tym projekcie. Ale i studenci Tvindu podczas swoich podróży do najdalszych zakątków świata rozprzestrzeniają wypracowane tutaj idee. I nie chodzi tutaj o sam wiatrak, a raczej to jak został zbudowany…

140… Siedziałem może 3 metry od mojego kolegi z klasy, kiedy przemawiał na Międzynarodowej Konferencji o Bangladeskim Środowisku. Josue nie rozwodził się na temat szczegółów technicznych, o samym wiatraku praktycznie tylko wspomniał. Zaskoczył publiczność tym, że się da. Opowiedział historię wiatraka i podsumował: „W rękach ludzi jest: środowisko i zmiana na lepsze”. Uczestnicy konferencji odpowiedzieli gromkimi brawami.

148…, 149… Kiedy doszedłem do ostatniego szczebelka, byłem padnięty. Uśmiechając się, odpiąłem powoli haki i nagle wpadłem w konsternację: liczyłem przed szczebelkiem, czy po szczebelku? Jest ich 148, czy 149? Nie wróciłem na górę, aby to sprawdzić. Zamiast tego otrzymałem licencję na przewodnika po tym niezwykłym wiatraku.

***

Teraz, kiedy wracam myślami do drabiny z jej wszystkimi szczebelkami, ile by ich nie było, od razu przychodzi mi do głowy Polska. Stoi ona przed podobnym wyborem, przed jakim stała Dania w latach 70: energia atomowa czy odnawialna. Z jednej strony dzisiaj wybór jest o wiele łatwiejszy. Dzisiaj wiadomo o wiele więcej o energii atomowej, szczególnie na temat jej negatywnych stron. Wypadki w Czarnobylu, Fukushimie i wiele innych udowodniły, że technologia ta mimo upływu czasu nie stała się bezpieczniejsza. Doświadczenia wszystkich krajów, które posiadają reaktory, potwierdzają smutną prawdę, że jest to technologia bardzo droga, do której ciągle trzeba dopłacać z budżetu, a której cena ciągle rośnie. Do dzisiaj nie rozwiązano problemu składowania odpadów atomowych, które trzeba przechowywać przez co najmniej 100 000 lat, a więc ponad 3 000 pokoleń. Dla porównania: dotychczasowa historia ludzkości mieści się w zaledwie 300 pokoleniach.

Z drugiej strony wiadomo wiele na temat odnawialnych źródeł energii. Dysponujemy dzisiaj całą masą gotowych rozwiązań wykorzystujących: wiatr, słońce, źródła geotermalne, biomasę, pływy… o których dzielny Windmill Team mógł jedynie marzyć. Ich ceny ciągle spadają. W Danii i Hiszpanii 21% energii elektrycznej pochodzi z elektrowni wiatrowych i udział ten ciągle się powiększa. W północnych niemieckich landach odsetek ten przekracza 40%. Świat coraz odważniej inwestuje w odnawialne źródła energii i podchodzi coraz bardziej sceptycznie do energii atomowej.

Niestety społeczeństwo polskie jest dzisiaj słabo zorganizowane, raczej nie wierzy w jakąkolwiek zmianę, raczej nie ma chęci do jakiegokolwiek działania. Zbyt łatwo nabiera się na prymitywną propagandę proatomową, która nie ma nic wspólnego z „narodową debatą”. Rosnący defetyzm sprawia, że Polacy mogą przespać tak ważny w ich historii moment. A może Polacy mnie zaskoczą? Może hipokryzja rządzących będzie bodźcem, który ruszy Polaków do działania? Ja mogę tylko powiedzieć, że da się i że nikt tego za nas nie zrobi: trzeba wyjąć ręce z kieszeni i zabrać się do działania.

Oficjalna strona wiatraka: http://www.tvindkraft.dk/eng/
Oficjalna strona Międzynarodowego Niezbędnego College’u Nauczycielskiego – DNS: http://www.dns-tvind.dk/

Reportaż ukazał się pierwotnie na blogu autora: http://piotrdzialak.bloog.pl.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *