Alfred Palmer Dym z fabryki 1942 fot Wikipedia

Każda tona CO2 to o tonę za dużo

Karolina Jankowska , Adam Ostolski
23 sierpnia 2011

Rozmowa z Karoliną Jankowską o europejskim handlu emisjami, polskiej polityce klimatycznej i zielonych alternatywach.

Adam Ostolski: Jutro kończą się konsultacje społeczne wniosku Polski do Komisji Europejskiej o derogacje CO2. Co to są „derogacje“?

Karolina Jankowska: W kontekście trzeciej fazy europejskiego systemu handlu emisjami „derogacjami“ określa się darmowe uprawnienia do emisji gazów cieplarnianych przez sektor elektroenergetyczny, bez konieczności kupowania ich na aukcji. Mogą się o nie ubiegać kraje, w których w 2006 r. ponad 30% energii elektrycznej produkowane było z paliw kopalnych, a ich PKB per capita nie przekroczył 50% średniego PKB per capita we Wspólnocie Europejskiej. Warunki te spełnia 10 krajów Unii Europejskiej: Polska, Litwa, Czechy, Węgry, Estonia, Łotwa, Rumunia, Bułgaria, Malta i Cypr. Ilość darmowych uprawnień nie może przekroczyć w r. 2013 70% średnich emisji w latach 2005-2007 i powinna być co roku zmniejszana aż do zera w 2020 r. To znaczy, że w 2020 r. całość uprawnień będzie już kupowana na aukcji.

Kto może uzyskać darmowe uprawnienia?

Uprawnienia mogą dostać wszystkie instalacje, które działały przed 31 grudnia 2008. Jednak w przypadku nowych instalacji, które nie działały przed końcem 2008, derogacje mogą otrzymać tylko te z nich, których fizyczny proces inwestycyjny rozpoczął się przed 31 grudnia 2008. „Fizyczny proces inwestycyjny“ – z tym sformułowaniem w dyrektywie jest spory kłopot, bo można je różnie rozumieć. Komisja Europejska przyjęła wykładnię, że chodzi o instalacje, których budowa w sposób widoczny rozpoczęła się przed 31 grudnia 2008. Co istotne, darmowe uprawnienia łączą się z obowiązkiem inwestycji w modernizację wytwarzania energii elektrycznej w celu zmniejszenia emisji, np. przez zwiększenie efektywności wytwarzania. Wartość tych inwestycji powinna odpowiadać rynkowej wartości darmowych uprawnień.

W jaki sposób te derogacje są rozdzielane? Decyduje o tym polski rząd czy Komisja?

Które konkretnie instalacje, ile konkretnie uprawnień, jak będzie zmniejszana ich liczba do r. 2019, ile ma wynosić wartość inwestycji w celu zbilansowania uprawnień – o tym wszystkim decyduje rząd Polski. I musi to wszystko dokładnie przedstawić w złożonym najpóźniej do 30 września br. wniosku do Komisji. Dyrektywa podaje natomiast górną granicę derogacji (tj. że ilość darmowych uprawnień nie może przekroczyć w r. 2013 70% średnich emisji w latach 2005-2007 i powinna być co roku zmniejszana aż do 0% w 2020 r.). Po ogłoszeniu dyrektywy Komisja sformułowała również, po dyskusjach z krajami członkowskimi, wytyczne do przygotowania wniosku, czyli sprecyzowanie ustaleń dyrektywy. Komisja może też odrzucić wniosek Polski o derogacje.

A dlaczego w ogóle wprowadzono takie rozwiązanie?

Polska od samego początku sprzeciwiała się pomysłowi pełnego aukcjoningu uprawnień do emisji od 2013 r. Pojawiały się głosy, zwłaszcza ze strony sektora elektroenergetycznego, że pełny aukcjoning mógłby doprowadzić do wzrostu cen energii elektrycznej do 80% dla gospodarstw domowych i 70% dla przemysłu przy prognozowanej cenie tony CO2 rzędu 40 euro w 2013 r. Niektórzy szli jeszcze dalej i prognozowali podwyżki cen energii elektrycznej o nawet 300%… Publikowano raporty (np. Ernst & Young), które dowodziły, że pełny aukcjoning zahamuje wzrost polskiej gospodarki, spowoduje inflację oraz zaprzepaści cel szybkiego przyjęcia euro. Według niektórych ekspertów konieczność płacenia za uprawnienia do emisji miałaby zahamować inwestycje w nowe moce wytwórcze, na gwałt potrzebne polskiej zdekapitalizowanej elektroenergetyce.

Najwięksi polscy emitenci gazów cieplarnianych zorganizowali się w tzw. Green Effort Group, która prowadziła w Komisji Europejskiej lobbing na rzecz wprowadzenia derogacji. Rząd Polski bezkrytycznie przejął stanowisko polskiego sektora elektroenergetycznego w kwestii aukcjoningu, mimo wielu głosów odmiennych, np. Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową czy organizacji ekologicznych. W celu przeforsowania idei derogacji powstała szeroka koalicja państw Europy Środkowo-Wschodniej, mających podobne problemy z energetyką…

Jakie to problemy?

Przede wszystkim chodzi o wysoki udział paliw kopalnych w produkcji energii elektrycznej, a także cieplnej, w porównaniu do innych krajów unijnych (np. Polska zużywa 950 kg CO2/MWh, podczas gdy Francja 70 kg CO2/MWh, a Szwecja 17 kg CO2/MWh). Drugi aspekt to niski PKB per capita w porównaniu do średniej unijnej. Zdaniem tych krajów mogłoby to prowadzić do dysproporcji w kosztach ponoszonych przez poszczególne gospodarki UE wskutek udziału w pełnym aukcjoningu uprawnień do emisji. Podkreślano zależność między tymi czynnikami. Bo nawet jeśli wiadomo, że np. Niemcy też mają wysoki udział paliw kopalnych w produkcji energii, to jednak są krajem bogatym i bardziej rozwiniętym niż kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Więc, jak argumentowano, Niemcy mogą sobie „pozwolić“ na pełny aukcjoning. Pojawiały się opinie, że skoro kraje „starej“ Unii swego czasu też emitowały dużo CO2, aby osiągnąć obecny poziom gospodarczy, czemu więc kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają się ograniczać i tym samym zaprzepaszczać możliwość osiągnięcia podobnego poziomu rozwoju. Ostatecznie udało się wywalczyć derogacje. Tyle że to było raczej pyrrusowe zwycięstwo…

Te 405,5 mln darmowych uprawnień do emisji CO2 na lata 2013-2019 to dużo czy mało?

Porównując tę wielkość do średniej rocznej emisji z instalacji mających prawo do derogacji (obecnie ok. 146 mln ton CO2), a zwłaszcza do średniej rocznej emisji CO2 w Polsce (ok. 386 mln ton CO2 w 2010 r.), nie jest to zatrważająco wiele. To mniej niż połowa wszystkich emisji w Polsce z instalacji mających prawo do derogacji w latach 2013-2020. Oznacza to niecałe trzy lata darmowego emitowania spośród siedmiu lat trwania trzeciej fazy handlu emisjami. Oczywiście przy założeniu, że emisje pozostaną na stałym średnim poziomie, co jest niestety prawdopodobne, mimo że celem polityki energetyczno-klimatycznej UE jest redukcja emisji. Inna sprawa, że z punktu widzenia ochrony środowiska, klimatu, i tym samym jakości życia człowieka, a także z punktu widzenia rozwoju gospodarczego kraju każda tona CO2 pochodząca ze spalania paliw kopalnych do produkcji energii elektrycznej to o tonę za dużo.

Co to oznacza dla przyszłości polskiej gospodarki?

Jeśli Polska uzyska wnioskowane derogacje, będzie to oznaczało ogromne straty dla polskiej gospodarki, tym samym dla konsumentów, a także dla środowiska, klimatu oraz obywatelek i obywateli przez dalsze pogarszanie jakości życia. Oznaczać to będzie utrwalenie konwencjonalnego, bo bazującego na paliwach kopalnych, scentralizowanego i zmonopolizowanego charakteru polskiej elektroenergetyki. Dziś opiera się on na systemie wielkich mocy wytwórczych, należących do skonsolidowanych „championów“ elektroenergetycznych. I właśnie dzięki temu posiada spore wpływy polityczne, które nieustannie powiększa.

Co gorsza, dzieje się to w czasie, gdy cały świat zmierza, ba, pędzi ku nowemu – ku technologiom, które z dnia na dzień są coraz tańsze, efektywniejsze, bardziej ekologiczne, wykorzystując bezpłatne paliwo: energię słońca, wiatru, wody czy pływów morskich! Ku odnawialnym źródłom energii, wykorzystywanym w systemach rozproszonych, lokalnych, regionalnych, autonomicznych, zmieniających konsumentów w prosumentów…

Prosumentów?

Prosument to osoba, która jest nie tylko konsumentem energii, ale również jej producentem. Np. ma na dachu zainstalowany panel fotowoltaiczny, dzięki któremu produkuje prąd na własne potrzeby, ale w przypadku nadwyżek sprzedaje energię do sieci. Oznacza to możliwość głębokiej demokratyzacji całego systemu wytwarzania energii!

Tymczasem paliwa kopalne, ze względu na kurczące się zasoby oraz coraz szerzej wprowadzane mechanizmy internalizacji kosztów zewnętrznych systematycznie drożeją, a tym samym ich konkurencyjność wobec energii odnawialnej spada.

Co oznacza dla Polski trzymanie się przestarzałych rozwiązań?

Pośrednie subsydiowanie konwencjonalnej elektroenergetyki w Polsce przez brak pełnej internalizacji jej kosztów zewnętrznych, co mógłby w pewnym stopniu zagwarantować pełny aukcjoning, będzie blokować rozwój odnawialnych źródeł energii (OZE). Niska cena certyfikatów w ramach handlu emisjami (obecnie na poziomie 10-11 euro/t) oraz brak efektywnego systemu wsparcia inwestycji w OZE w Polsce nie będą też zachęcać przedsiębiorstw do inwestycji w OZE w ramach wymaganej dyrektywą modernizacji mocy wytwórczych. Będzie to blokować spadek cen energii elektrycznej oraz utrudniać znaczną redukcję emisji gazów cieplarnianych. Zwłaszcza, że jak doświadczenie wcześniejszych faz handlu emisjami pokazuje, większość przedsiębiorstw energetycznych ujmowało w cenie energii elektrycznej cenę uprawnień do emisji, nawet jeśli były one przyznawane za darmo. Po wprowadzeniu handlu emisjami w 2005 r. cena energii elektrycznej wzrosła w ciągu 12 miesięcy o 22 euro/MWh. Największe korzyści z derogacji odniosą zatem przedsiębiorstwa sektora elektroenergetycznego, a nie konsumenci.

Jaka jest alternatywa wobec derogacji?

Jeszcze w trakcie negocjacji pakietu klimatyczno-energetycznego publikowano analizy dowodzące, że Polska bez derogacji miałaby dość czasu na zaprojektowanie takiej polityki gospodarczej, społecznej, energetyczno-klimatycznej czy naukowej, aby znacząco ograniczyć ewentualny negatywny wpływ pełnego aukcjoningu na naszą gospodarkę.

Potrzebny jest przede wszystkim system wsparcia rozwoju OZE w oparciu o rozpowszechniony w Europie i coraz bardziej popularny na świecie model stałych cen, wraz z ułatwieniami dla dostępu do sieci elektrycznej oraz produkcji energii elektrycznej na potrzeby własne. Ze wsparcia powinny zostać wyjęte duże (powyżej 5 MW), dawno zamortyzowane elektrownie wodne oraz wytwarzanie energii elektrycznej w procesie współspalania biomasy – technologie te otrzymują obecnie wsparcie w ramach systemu handlu „zielonymi certyfikatami“. Już od dłuższego czasu według zapewnień Ministerstwa Gospodarki powstaje ustawa o OZE. Ale jak do tej pory chyba nikt nie widział jej projektu, podczas gdy prawo w zakresie energetyki jądrowej tworzone jest w Polsce ekspresowo.

Ważne jest wspieranie efektywności energetycznej (trzeba tu mimo wszystko pozytywne ocenić ustawę o efektywności energetycznej z 15 kwietnia br. oraz przyjęty w tym roku Krajowy Plan Działań dot. efektywności energetycznej). W ramach polityki naukowej i technologicznej rząd powinien zwiększyć wsparcie projektów związanych z OZE, dziś zbyt wiele środków przeznacza się na badania w obszarze energii jądrowej czy tzw. „czystych“ technologii węglowych. W ramach kolejnych krajowych i regionalnych programów operacyjnych współfinansowanych przez UE większość środków powinna być przeznaczona na wsparcie OZE i efektywności energetycznej, a nie dla technologii konwencjonalnych.

Trzeba również odejść od programu jądrowego. Jest on nie tylko mało realny, ale też blokuje finansowo i technicznie szybszy rozwój energii odnawialnych i efektywności energetycznej. Konieczna jest modernizacja sieci przesyłowych, z uwzględnieniem właściwości coraz bardziej zdecentralizowanego systemu wytwórczego opartego na OZE. Rząd powinien też jak najszybciej zarzucić program konsolidacji sektora elektroenergetycznego i doprowadzić do realnego rozdziału przedsiębiorstw wytwarzających energię elektryczną od przedsiębiorstw dystrybucyjnych, żeby umożliwić pełną realizację zasady dostępu do sieci. Sieci dystrybucyjne powinny zostać wykupione przez samorządy, a ich finansowana ze środków publicznych modernizacja (włącznie z zastosowaniem innowacyjnych rozwiązań inteligentnego zaopatrzenia w energię) i ewentualna rozbudowa powinna być dostosowana do potrzeb przyłączania nowych źródeł energii odnawialnych.

Również przychody uzyskane z pełnego aukcjoningu, które będą trafiać w części do budżetu państwa, można by przeznaczyć na inwestycje w OZE i efektywność energetyczną. Pozwoliłoby to spełnić z nawiązką cel 15% przewidziany dla Polski w nowej dyrektywie o odnawialnych źródłach energii. Dla spełnienia tego celu potrzeba bowiem ok. 27 mld euro, jak obliczył Grzegorz Wiśniewski z Instytutu Energetyki Odnawialnej, podczas gdy na same inwestycje przewidziane do zbilansowania wartości darmowych uprawnień rząd przewiduje wydanie przez przedsiębiorstwa energetyczne 40,6 mld euro (sic!). To tylko kilka bardzo ogólnych elementów szerokiego programu modernizacji ekologicznej, jaki mogłaby i powinna wdrożyć Polska, aby nie być ofiarą, ale beneficjentem europejskiego systemu handlu emisjami.

System handlu emisjami krytykowany jest nie tylko przez zwolenników energii konwencjonalnej, lecz również przez część ruchu ekologicznego…

Ten system faktycznie rodzi pewne problemy. Oprócz zawyżania przez przedsiębiorstwa energetyczne prognoz emisji w celu zwiększenia podaży uprawnień do emisji na rynku i zmniejszenia ich ceny zdarzały się też oszustwa podatkowe czy kradzież certyfikatów. Oszustwa podatkowe – tzw. karuzelowe oszustwa – polegają na tym, że uprawnienia do emisji są kilka razy sprzedawane z jednego państwa UE do drugiego i w granicach jednego państwa, przy czym jedna firma z całego łańcuszka obrotu, sprzedająca uprawnienia, nie płaci podatku VAT, podczas gdy firmie, która te uprawnienia kupiła, jest on zwracany. Wykorzystywane są do tego różne terminy zapłaty i zwrotu podatku. Certyfikaty (uprawnienia do emisji) mogą być również kradzione, ponieważ nie są one wystawiane na papierze, a handel emisjami odbywa się drogą elektroniczną – przez giełdy, maklerów albo obrót wolnorynkowy (bezpośrednio między uczestnikami rynku). Każdy uczestnik handlu musi mieć zatem konto elektroniczne w jednym z 27 rejestrów krajowych. W takiej sytuacji możliwe są włamania hakerów i kradzieże certyfikatów. W styczniu br. po takiej kradzieży podjęto decyzję o tymczasowym zablokowaniu (ostatecznie do 4 lutego br.) krajowych rejestrów handlu emisjami. Kradzież ta oznaczała straty dla wielu przedsiębiorstw i sparaliżowała na jakiś czas handel uprawnieniami do emisji.

A czym można by zastąpić handel emisjami?

Dobrym rozwiązaniem byłby podatek węglowy wprowadzony na poziomie europejskim lub krajowym. Przede wszystkim byłby prostszy w realizacji i kontroli, mniej podatny na różne oszustwa. Byłby też silniejszym bodźcem do zielonej transformacji energetyki. Obecnie przedsiębiorstwa energetyczne, jak już wspomniałam, ujmują przecież w cenach energii koszty uprawnień do emisji, nawet tych darmowych, przenosząc koszty systemu handlu emisjami na konsumentów. Zyski nie są praktycznie w ogóle przeznaczane na inwestycje w źródła odnawialne czy w poprawianie efektywności źródeł konwencjonalnych. Natomiast wpływy z podatku węglowego mogłyby zasilić Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej i być przeznaczane na OZE i działania na rzecz zmniejszenia zapotrzebowania na energię, takie jak termomodernizacja budynków. Podatek węglowy ma też w porównaniu z handlem emisjami tę zaletę, że gwarantuje stabilne ceny. Zatem szybciej i bez zbędnych spekulacji można by było obliczyć, kiedy wytwarzanie energii z paliw kopalnych nie będzie się już w ogóle opłacać. Przyspieszenie tego momentu powinno być podstawowym celem każdej polityki energetyczno-klimatycznej.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Każda tona CO2 to o tonę za dużo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *