Inna Brytania jest możliwa?

Bartłomiej Kozek
2 czerwca 2017

Tegoroczne wybory miały być dla Theresy May formalnością. Zamiast tego może obudzić się bez samodzielnej większości w Izbie Gmin.

Nadszedł czas na nowe pomysły?

Stracić sięgającą momentami 20 punktów procentowych przewagę nad najbliższym rywalem nie jest sprawą łatwą. Liderka konserwatystów uznała najwyraźniej, że przykład przegrywającego z Andrzejem Dudą Bronisława Komorowskiego jest dla niej godny naśladowania.

Premierostwo dziwnych kroków

Z początku zdawało się, że można sobie pozwolić na pewne ekstrawagancje. Pani premier zdecydowała się nie brać udziału w telewizyjnych debatach z konkurentami, stawiając na wyjście do ludzi. Wyjście, które kończyło się na przykład izolowaniem od dziennikarzy w trakcie wizyty w fabryce.

Apogeum problemów naszło po ogłoszeniu przez Torysów swojego manifestu wyborczego.

Niby było wiadomo, że po konserwatywnej partii rządzącej nie ma co spodziewać się socjalnych fajerwerków, ale pomysły w rodzaju oszczędzania na ciepłych obiadach w szkołach albo pomysł na wymuszenie większego finansowania swej opieki na osobach z demencją wzbudziły kontrowersje nawet w przychylnych partii bulwarówkach.

May i jej ekipa zakładała chyba, że jej przedwyborcza pozycja jest tak silna, że wystarczy jedynie powtarzać slogan o „silnym i stabilnym przywództwie” by utopić konkurentów z Partii Pracy w morzu krwi. Coś jednak poszło nie tak.

Drugie życie Partii Pracy

Okazało się bowiem, że spisywany na straty lider Laburzystów, Jeremy Corbyn, powoli zaczął odzyskiwać grunt pod nogami. Można ubolewać, że nie był tak żywotny w obronie członkostwa Zjednoczonego Królestwa w Unii Europejskiej – wtedy jednak był rok 2016, teraz mamy 2017.

Kiedy zatem mógł miast na Brexicie skupić się na bliskich mu tematach, takich jak walka z nierównościami, sprawne funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia czy powrót kolei i sektora energetycznego do sektora publicznego okazało się nagle, że Partia Pracy zaczyna w sondażach cieszyć się poparciem niewidzianym od czasów Tony’ego Blaira.

Okazuje się zatem, że tak lekceważone w czasach postpolityki i postprawdy manifesty wyborcze, zawierające powyższe postulaty popierane w sondażach przez około połowę elektoratu, mają nadal potencjał do odwracania wyborczych trendów.

Jeśli potwierdzą się wyniki symulacji, przeprowadzonej w tym tygodniu przez ośrodek YouGov Partia Konserwatywna, zamiast mieć sięgającą stu mandatów samodzielną większość w Izbie Gmin straci ich 20 w stosunku do wyników z roku 2015, co może wręcz skończyć się utratą przez nią władzy.

Nowe otwarcie?

Formacja premier May już straszy chwiejną „koalicją chaosu” pod wodzą Corbyna, któremu nie uda się wynegocjować korzystnych warunków wyjścia kraju z Unii Europejskiej. Liczy na to, że tak jak w roku 2015 wizja aliansu Partii Pracy ze Szkocką Partią Narodową (SNP) przestraszy elektorat. Nadal zresztą może te wybory wygrać, choćby dzięki przepływowi elektoratu z eurosceptycznej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP).

Jeśli jednak opozycji uda się odebrać Torysom samodzielną większość pojawi się okazja do zmiany politycznego i ekonomicznego kursu w Londynie. Mapą tych zmian mogą się wówczas stać nie tylko manifesty wyborcze poszczególnych progresywnych partii politycznych, ale także pomysły zgłaszane przez postępowe ośrodki budowania wiedzy.

Jednym z nich jest New Economics Foundation (NEF), który po brexitowym referendum postanowił stać się pierwszym brytyjskim „ludowym think-tankiem”, nastawionym na dialog obywatelski i wspólne wypracowywanie rekomendacji zamiast li tylko dyskutowanie w zamkniętych, intelektualnych bańkach.

Zmiana kontrolowana

Wyrazem tej zmiany kursu była publikacja „Building a New Economy Where People Really Take Control. An Agenda for Change”. Manifest ten stawia sobie za cel nakreślenie najważniejszych problemów, z powodu których mieszkanki i mieszkańcy kraju mają poczucie braku kontroli nad swoją egzystencją, po czym kreśli propozycje zmian na lepsze.

Zanim to jednak następuje otrzymujemy od badaczek i badaczy fundacji diagnozę brytyjskiej rzeczywistości. Społeczne zaniepokojenie skutkami globalizacji znalazło swe ujście w eurosceptycyzmie oraz wzroście nastrojów antyimigranckich.

Jak jednak przekonują to nie oni odpowiadają za codzienne problemy, z którymi mierzyć się musi Wielka Brytania. Czynienie z osób przyjeżdżających w poszukiwaniu pracy i lepszego życia kozłami ofiarnymi zakrywać ma realne grupy interesów, takie jak oligopole bankowe czy energetyczne.

„Odzyskiwanie kontroli” zdaniem NEF-u musi polegać na wzmocnieniu lokalnych społeczności oraz obywatelskiej kontroli – w szczególności nad warunkami pracy oraz dobrami wspólnymi.

Uwalnianie potencjału

W optyce tej kluczowe znaczenie mają nie tyle wprowadzane odgórnie zmiany co umożliwianie brania ludziom sprawy w swoje ręce. Autorki i autorzy raportu zestawiają tu działania mających chronić konsumentów instytucji, zachęcających ludzi do zmiany operatora energetycznego, z tworzeniem własnych spółdzielni energetycznych czy inicjatyw komunalnych.

Na przykładzie energetyki odnawialnej widać skutki przyjęcia takiej właśnie perspektywy. Mają nimi być lokalne społeczności, które zamiast protestować przeciwko inwestycjom wielkich koncernów w turbiny wiatrowe wytwarzają własną, zieloną energię, jak również niższe ceny płacone przez klientki i klientów inicjatyw samorządowych.

Podobne korzyści wynikać mają z reform sektora bankowego. NEF zamiast prywatyzacji banku RBS sugeruje jego podział na rozproszone po kraju instytucje, stawiające sobie za cel pobudzanie lokalnych gospodarek. Inwestowanie w lokalne społeczności ma tu być alternatywą dla stawiania przez londyńskie City na grę na zglobalizowanym, oderwanym od realnej gospodarki rynku finansowym.

Nowe czasy, nowe wyzwania

Podobnych wyzwań nie brakuje i w innych dziedzinach życia gospodarczego. Do problemów z długimi godzinami pracy w Wielkiej Brytanii wielkimi krokami dołącza elastyczność symbolizowana przez Ubera.

W świecie, w którym pozujące na bycie częścią „ekonomii współdzielenia” firmy twierdzą, że są jedynie pośrednikami między kierowcami a pasażerami kluczowe staje się poszukiwanie sposobów na skuteczne organizowanie osób, wykonujących pracę za pomocą różnorakich aplikacji, a także tworzenie alternatywnych (np. spółdzielczych) platform, w których użytkownicy mają większą kontrolę nad swoimi danymi, a świadczący usługi wpływ na ich funkcjonowanie.

Możliwość kształtowania lokalnej polityki mieszkaniowej (np. poprzez danie samorządom prawa do ograniczania czy zakazywania posiadania więcej niż jednego mieszkania na przegrzanych rynkach) czy tworzenia spółdzielczych żłobków, zbijających koszty opieki nad dziećmi i dających rodzicom możliwość spędzenia większej ilości czasu z pociechami – to kolejne przykłady na politykę, która może być bliżej ludzi.

Przebłyski przyszłości

Nie są to wyłącznie teoretyczne przykłady. Sieć nastawionych na lokalne społeczności banków prężnie działa w Niemczech. Spółdzielnie energetyki odnawialnej to między innymi duńska specjalność. Szwedzi wpisują rodzicielskie żłobki w publiczne usługi opiekuńcze. Wśród lokalnych, angielskich samorządów nie brak takich, które starają się wspierać większą partycypację społeczną.

Nie sposób powiedzieć zatem, że wspomniane postulaty są nierealistyczne. Ich upowszechnienie w Zjednoczonym Królestwie (i nie tylko) jest przede wszystkim kwestią politycznej determinacji. Już wkrótce dowiemy się, czy siły mogące być zainteresowane tego typu pomysłami będą miały szansę na ich wcielenie w życie.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *