Czy polskie łupki są jeszcze polskie? „Rząd nie jest w stanie tego sprawdzić”

Marek Kryda
27 maja 2013

„Koncesjonowanie potencjalnych złóż gazu łupkowego rozpoczęło się mniej więcej cztery lata temu i nie było to przemyślane. Nic więcej nie będę na ten temat mówił, ponieważ od wielu miesięcy władza publiczna bada te działania w sumie w ostatnich pięciu latach. Będziemy wyciągali z tego wnioski i konsekwencje“ – premier Donald Tusk, 2011

Dla rządu PO-PSL gaz z łupków stał się podwaliną programu gospodarczego. „Do 2013 r. wprowadzimy rozwiązania gwarantujące Polsce wysokie przychody z wydobycia gazu łupkowego, które przeznaczymy na bezpieczeństwo przyszłych emerytur“ – taką obietnicę wpisała Platforma Obywatelska w swój program wyborczy w 2011 r. Stojąc przy odwiercie w Lubocinie, Tusk zadeklarował wówczas, że przychody z tego gazu „mają być wysokie“ i zasilą specjalny fundusz, który w przyszłości służyłby „gwarantowaniu bezpieczeństwa polskich emerytur“. Ten tak potrzebny Polakom entuzjazm starał się studzić wicepremier Waldemar Pawlak, mówiąc, że prognozowanie terminów związanych z eksploatacją gazu łupkowego jest obarczone ryzykiem. „Wiercenie i rozszczelnianie zostawmy inżynierom, bo politycy mogą tu trochę niepotrzebnie namieszać“.

„Kurtyna opadła! To Rosjanie szukają w Polsce łupków“

Gaz z łupków miał być lekiem na wszystko – na spadające notowania rządu, na brak pieniędzy na emerytury, na bezrobocie na wsi, na dziury w gminnych budżetach, miał być też źródłem ciepła w szkołach i obiektach użyteczności publicznej polskich miast i wsi. Kartą gazową grano podczas ostatniej kampanii parlamentarnej, przekonując spragnionych sukcesu Polaków, że jesteśmy narodem tak niezwykłym, iż sprawiedliwość dziejowa obdarowała nas nadzwyczajnym bogactwem. A teraz największe potęgi paliwowe świata ustawiają się w kolejce, by to bogactwo dla nas wydobyć, a my, jak przepiękna panna na wydaniu, możemy sobie w posażnych zalotnikach do woli wybierać.

Jednak, jak to przecież w bajkach bywa, różnego rodzaju „złe siły“ nie chcą nam pozwolić zdobyć samowystarczalności energetycznej. Siły te chcą nam zaszkodzić, próbując przejąć kontrolę nad narodowym skarbem. Ale w odpowiedzi ze szczytów władz do obywateli popłynęło krzepiące przesłanie – nasi rodacy nie powinni się obawiać – rząd i opozycja, wszelkie służby państwowe, stoją na straży tego dobra narodowego (tworzenie zagrożenia ze strony niewidzialnego wroga fachowo nazywa się fear management – zarządzanie ludźmi przez strach).

Czy to przypadkiem nie sowicie opłacani z kiesy państwowej piarowcy decydują kiedy „sensacyjne“ wiadomości ujrzą światło dzienne? Tak mogło być podczas wyborów parlamentarnych w październiku 2011 r., kiedy to na dwa tygodnie przed ich terminem, wrzucono do mediów „groźną“ wiadomość, iż „21% koncesji na gaz łupkowy znalazło się w rękach Rosjan“. Co z tego, że 100% polskiego importu gazu znajduje się już w ich rękach, a polskie spółki swobodnie inwestują w wydobycie paliw w Rosji? Warto pamiętać, że niepokojącą wieść o przejmowaniu kontroli nad łupkami przynieśli do Polski nasi dzielni, od lat lobbujący za gazem łupkowym europosłowie. Źródłem tej sensacji miało być „anonimowe źródło“ w Komisji Europejskiej – jednak Komisja Europejska jakoś nigdy tego nie potwierdziła.

Więc skąd taka dokładna cyfra: „21% koncesji w rękach Rosjan“? Cóż, trudno żądać od mediów sprawdzania faktów, gdy już propagandowa machina rusza na pełnych obrotach. Przecież nic tak nie porywa rodaków do boju, jak śmiertelne zagrożenie ze strony odwiecznego wroga – ten patent na mobilizację opinii publicznej stosuje z równym upodobaniem i rząd, i opozycja. Nic dziwnego, że we wrześniu 2011 r. tytuły prasowe zaczęły stosować retorykę wojenną: „Rosjanie szykują zamach na nasz gaz łupkowy“, „Polski gaz na celowniku Rosji“, „Kurtyna opadła! To Rosjanie szukają w Polsce łupków“. Tak, jak można było się spodziewać – jak zwykle czujne media szybciutko podbiły notowania Platformy w wyborach o co najmniej kilka punktów procentowych.

Histeryczny ton mediów zaczął jednak sprawiać trochę nieprzewidzianych problemów: Henryk Jacek Jezierski, wiceminister środowiska i Główny Geolog Kraju, przyparty do muru musiał przyznać „Dziennikowi Gazecie Prawnej“, że „oficjalnie żadna z koncesji nie należy do firmy z kapitałem rosyjskim, a polski rząd nie jest w stanie sprawdzić, czy spółki wydobywcze posiadają kapitał rosyjski“.

Trudno przejść koło tego obojętnie – według ministra Jezierskiego Polska nie wie, komu tak naprawdę wydała prawo wyłączności wydobycia gazu łupkowego (cóż poradzić na to, że ten, kto jest koncesjonariuszem na papierze, jest tylko figurantem?). Co gorsza – przedstawiciel rządu z rozbrajającą szczerością przyznaje tutaj, że rząd nie jest w stanie sprawdzić, kto jest prawdziwym właścicielem prawa wyłączności wydobycia gazu łupkowego na określonym obszarze koncesyjnym w Polsce.

Czyli jak to jest? Mamy wolność gospodarczą – każdy, nawet Rosjanie, ma prawo kupować firmy w Polsce (podobnie jak robią to Polacy w Rosji). Ale rząd założył, że Rosjanie jednak zachowają się po dżentelmeńsku i nie ważą się kupić nadziei polskich emerytów, kury znoszącej łupkowe złote jajka – firm wydobywczych z koncesjami? Dlaczego? No bo byłoby to wyjątkowo przykre i nieeleganckie – a dżentelmeni muszą przecież sobie ufać.

Absurdalność sytuacji polega na tym, że oficjalnym założeniem pomysłu sprzedawania koncesji na wydobycie gazu łupkowego w Polsce miało być energetyczne uniezależnienie się od Rosji. Jednak kolejne rządy, a nawet wszystkie partie obecne w parlamencie, nie dostrzegły drobnego niuansu – likwidacja państwowego monopolu na wydobycie surowców energetycznych po prostu musi doprowadzić do sytuacji, że w jakimś momencie polskie surowce zaczną kontrolować podmioty niepożądane, a Polska nie będzie już miała na to wpływu – i to na własną prośbę. Dzieje się tak już zresztą w chwili obecnej, choćby w przypadku chińskiego państwowego koncernu CNOOC, który zdobył koncesje na wydobycie gazu łupkowego w Polsce po przejęciu kanadyjskiego koncernu naftowego Nexen. I czy można się w takiej sytuacji dziwić, że często ani władze gmin, ani mieszkańcy nie mogą się nigdzie dowiedzieć, kto ma prawo wydobycia gazu łupkowego na ich terenie?

Wracając do batalii o polskie łupki z 2011 r. – w samym szczycie antyrosyjskiego uniesienia premier próbował nieco uspokoić wzburzone wody czujności patriotycznej podczas konferencji prasowej we Wronkach. „Koncesjonowanie potencjalnych złóż gazu łupkowego rozpoczęło się mniej więcej cztery lata temu i nie było to przemyślane. Nic więcej nie będę na ten temat mówił, ponieważ od wielu miesięcy władza publiczna bada te działania w sumie w ostatnich pięciu latach. Będziemy wyciągali z tego wnioski i konsekwencje“ – zapowiedział premier.

Jednak słowa z niewiadomych względów nie dotrzymał. Do dziś opinia publiczna nie dowiedziała się, co przyniosło wielomiesięczne „badanie nieprzemyślanego koncesjonowania złóż gazu łupkowego“. Czy niewywiązanie się premiera z danego słowa może świadczyć o tym, że, wbrew wiedzy Tuska mechanizmy bezprzetargowego koncesjonowania przypadkowych firm były jednak przemyślane?

W Polsce pieniądze pierze się czyściej?

Z koncesjami na poszukiwanie gazu łupkowego było jak z biletami na Euro – niektórzy je kupowali wyłącznie po to, by odsprzedać je z dziesięciokrotnym przebiciem. Koszt jednej koncesji obejmującej kilka powiatów na wyłączność wydobycia to jedynie około 500 tys. zł. Podobną sumę, 200 tys. dol. koncerny naftowe płacą farmerom w USA przy zakupie 3-hektarowej działki z gazem łupkowym. Nic więc dziwnego, że wyższymi opłatami koncesyjnymi może poszczycić się choćby Afryka Równikowa. W maju 2011 r. radio RMF doniosło: „Rząd Bułgarii uzyskał za pojedynczą koncesję na poszukiwanie gazu łupkowego około trzystu razy więcej niż Polski. Amerykański koncern Chevron wygrał przetarg oferując rządowi w Sofii trzydzieści milionów euro za koncesję w północno-wschodniej części kraju. Polski rząd uzyskał do tej pory 30 milionów złotych za niespełna dziewięćdziesiąt koncesji”.

Z nieznanych też przyczyn polskie władze nie stosują również prostych mechanizmów ograniczających proceder spekulacji koncesjami. Gdy Francja zakazała wydobycia gazu łupkowego, nakazała zwrot wszystkich wydanych wcześniej koncesji. Z kolei Polska nie wymaga, by inwestor zwracał koncesję w przypadku rezygnacji z poszukiwań. Z ogromną stratą dla budżetu państwa, w Polsce wolno handlować koncesjami i zarabiać na tym miliony. Czy naszym urzędnikom nabywanie koncesji w celach spekulacyjnych i ewidentna strata dla budżetu zupełnie nie przeszkadza? Czy przez zapisy takiego „miękkiego” prawa Polska chce się przypodobać ponadnarodowym potentatom?

Według zasady Another Day, Another Dollar w maju 2011 r. amerykański Exxon sprzedaje francuskiemu Totalowi 49% swej lubelskiej koncesji za kwotę wielokrotnie wyższą niż wcześniej wynosiła opłata koncesyjna. Jednak to sztuka – mieć zwrot kosztów i milionową górkę, bez wbijania łopaty w ziemię. Koncesje te, o gigantycznej powierzchni 215,7 tys. hektarów, znajdują się w okolicach Chełma i Werbkowic na Lubelszczyźnie i obejmują najżyźniejsze w Polsce ziemie rolnicze.

W styczniu 2012 r. opinię publiczną mógł zelektryzować jeden z tytułów w „Dzienniku Gazecie Prawnej”: „Korupcja w gazie łupkowym. Handel pozwoleniami na wydobycie badają polskie i zagraniczne organy ścigania”. Autorzy artykułu, Robert Zieliński i Michał Duszczyk, tak piszą o dokonanych wówczas aresztowaniach wysokich urzędników ministerstwa środowiska oraz pracowników kilku spółek posiadających koncesje na gaz łupkowy: „Wczorajsze zatrzymania ABW to wierzchołek góry lodowej. Jak ustaliliśmy, służby wzięły pod lupę transakcje związane z handlem przyznanymi licencjami. Choć przedsiębiorstwa nie mogą tego robić, łatwo obchodzą przepisy. Proceder polega na tym, że firma zdobywa w ministerstwie środowiska koncesje dla swoich – specjalnie powołanych w tym celu – spółek zależnych. Następnie sprzedaje udziały w spółce albo całą spółkę”.

„To niekontrolowany nagminny proceder. Resort środowiska nie ma prawa zablokować transakcji. Sprawą zainteresowali się Amerykanie. Z naszych informacji wynika, że z prośbą o wyjaśnienie okoliczności zatrzymań dzwonili do MSZ przedstawiciele ambasady USA. (…) Według naszych informacji polskie i zagraniczne służby specjalne i skarbowe badają te transakcje w kontekście prania brudnych pieniędzy. – Sprawą interesują się agencje m.in. z USA i Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że w tej chwili nie ma w Polsce potwierdzonych zasobów gazu łupkowego i wartość kupowanych i sprzedawanych spółek oraz należących do nich koncesji jest praktycznie niewycenialna. Mogą one kosztować zarówno 50 tys. dol., jak i 5 mln dol. – tłumaczy osoba znająca sprawę”.

To ciekawe: „Resort środowiska nie ma prawa zablokować transakcji”. Czy to oznacza, że resort środowiska jest ofiarą prawa stworzonego przez… urzędników ministerstwa środowiska? Jak to mówią Rosjanie – No i wsio jasno! Koncesje rzeczywiście często wydawano mikro-firmom (bez przetargu!), co łatwo sprawdzić przeglądając listę koncesjonariuszy na stronach ministerstwa. Jest tam wiele świeżo założonych firm, które nie mają nic na potwierdzenie własnej wiarygodności – ani kapitału, ani sprzętu, ani doświadczenia, ani też kadry fachowców. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni dlaczego nasz rząd jest gotowy całkowicie zawierzyć takim firmom w sprawie oceny wydajności złoża czy rzeczywistej produkcji gazu, od których przecież mają zależeć płacone podatki. Jeżeli taka firma-krzak dyskretnie ulotni się z Polski, nie będzie już od kogo wyegzekwować należnych podatków, opłat środowiskowych, przyszłych kar za zatrucie wody czy zniszczenie dróg, jak to się dzieje w USA. Ba, ogromną wielkodusznością wykażą się państwowe firmy wiertnicze, licząc, że taka firma bez kapitału zapłaci im za wykonane prace wiertnicze (koszt jednego odwiertu może osiągnąć nawet 20 mln zł). A w jakiej sytuacji znajdą się mieszkańcy, gdy ich woda okaże się niezdatna do picia i nie będzie już w Polsce truciciela, któremu można by było wytoczyć choćby sprawę cywilną? Cóż, wtedy pozostanie już tylko skarżyć Skarb Państwa i wtedy za zniszczenia zapłacimy my wszyscy. No i wsio jasno!

Wadliwe prawo

Gaz łupkowy wydobywa się metodą tzw. szczelinowania hydraulicznego. Pod ogromnym ciśnieniem pompuje się pod powierzchnię ziemi tysiące ton wody z domieszką substancji chemicznych, by rozsadzić podziemne skały i uwolnić gaz. Według władz Francji, Bułgarii czy Stanu Nowy Jork, taka metoda jest szkodliwa dla środowiska, bo może prowadzić do skażenia wód gruntowych.

W opinii specjalistów gorączkowym wierceniom w poszukiwaniu gazu z łupków towarzyszy chaos legislacyjny. Na konferencji w Warszawie w marcu 2012 r. dr inż. Stanisław Szafran ze Stowarzyszenia Naukowo-Technicznego Inżynierów Przemysłu Naftowego i Gazownictwa mówił: „W prawie nie ma definicji. co to jest złoże gazu w łupkach. Brak jest też określenia granic złoża gazu w łupkach (potencjalny konflikt gmin i powiatów). Kto odpowie na pytanie: Czyj jest odwiert po zakończeniu koncesji? Właściciela działki? Państwa? Inwestora? Nieprawdą jest, że wykonano dotychczas tylko kilkanaście otworów. W rzeczywistości wykonano kilkanaście tysięcy otworów i wystąpiły awarie”.

Z tych zagrożeń zdali sobie sprawę sami Amerykanie. Wprowadzone w Pensylwanii w lutym 2012 r. nowe regulacje prawne nakładają na firmę wydobywczą obowiązek odszkodowań, jeśli otwór poszukiwawczy, wydobywczy czy magazynowy znajduje się w promieniu 1 km od zbiornika wody pitnej czy studni głębinowej, która uległa w czasie eksploatacji gazu skażeniu. Co najważniejsze, ciężar dowodu, że źródłem zatrucia nie jest tu metoda szczelinowania hydraulicznego, spoczywa na samej firmie odpowiedzialnej za odwiert, a nie na mieszkańcach czy władzach lokalnych.

Gaz łupkowy to zresztą nie tylko wielkie zagrożenie dla środowiska. Obowiązująca od początku 2012 r. ustawa Prawo geologiczne i górnicze wzbudza ostrą krytykę także ze strony konstytucjonalistów. Chodzi o to, że ustawa ta pozwala rządowi wbrew konstytucji przełamywać opór gmin, powiatów i województw, widzących zagrożenie ze strony poszukiwania i eksploatacji gazu łupkowego na swoim terenie. „Ustawa pozwala wojewodom wydawać tzw. zarządzenia zastępcze umożliwiające zmianę planów zagospodarowania przestrzennego nawet wbrew woli gmin. Wojewoda może więc podważać kompetencje gmin w zakresie gospodarowania i planowania inwestycji na danym terenie i wymuszać miejsca terenów górniczych” – powiedział „Pulsowi Biznesu” Jacek Czapiewski, radca prawny z kancelarii Salans.

Wspierane w 2011 r. przez wszystkie partie polityczne przepisy tej ustawy po prostu odbierają prawo decyzji władzom samorządowym w zakresie gazu łupkowego. Dzięki temu kontrowersyjnemu prawu Polska stała się ewenementem w skali światowej – żyjemy w kraju, w którym pojedyncza gmina może zablokować realizację takiego celu publicznego, jak powstanie parku narodowego. Jednocześnie nawet marszałek województwa nie może zablokować działalności, która w wielu krajach doprowadziła do skażenia środowiska wielkich rozmiarów. Wiele gmin jednak nie chce się zgodzić na bezwzględny dyktat ministerstwa środowiska w zakresie decyzji zagwarantowanych konstytucyjnie właśnie gminom. Jak podał „Puls Biznesu”, pierwszy list protestacyjny w tej sprawie wysłał w listopadzie 2011 r. do Syna Kaszubskiej Ziemi – Donalda Tuska, Tomasz Brzoskowski, wójt kaszubskiej gminy Stężyca (Szwajcaria Kaszubska, powiat kartuski), w którym sprzeciwia się dyktatowi administracji rządowej – i nadal cierpliwie czeka na odpowiedź.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

3 thoughts on “Czy polskie łupki są jeszcze polskie? „Rząd nie jest w stanie tego sprawdzić”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *