Z perspektywy rolnika ekologicznego

Wojtek Mejor , Monika Styczek-Kuryluk
30 lipca 2018

Rozmowa z rolniczką, Moniką Styczek-Kuryluk

Wojtek Mejor: Czym jest dla Ciebie rolnictwo ekologiczne?

Monika Styczek-Kuryluk: Rolnictwo ekologiczne jest dla mnie sposobem na życie. Dużo czasu spędziłam w Warszawie, ale po studiach już wiedziałam, że nie chcę mieszkać w dużym mieście. Po pięciu latach widzę, że jest to wybór ideologiczny – całościowy, holistyczny styl życia. Jak idę na pole albo pracuję w gospodarstwie, to się tam realizuję, nie mam poczucia straconego czasu, widzę efekty swojej pracy. Z tego się utrzymujemy, ale to nie tylko produkcja i zarabianie pieniędzy. To nie jest praca od ósmej do dwudziestej, a potem się ma jakieś inne życie. To gospodarstwo pochłania cały nasz czas.

Dla mnie rolnictwo ekologiczne polega na holistycznym podejściu do żywności, natury, otaczającego nas świata, nie tylko na niestosowaniu oprysków czy antybiotyków. To, co robię, ma wpływ na innych i na moje otoczenie. W gospodarstwie staramy się układać krajobraz w najkorzystniejszy sposób dla siedliska, w którym się znajdujemy. Robimy różnego rodzaju nasadzenia, tworzymy specjalny mikroklimat dla ptaków, dla owadów. Patrzymy na produkcję żywności w szerszym kontekście. Poza tym sektor rolnictwa ekologicznego to specyficzna grupa ludzi, którzy  są dla siebie nawzajem siłą, oparciem. Jest bardzo dużo ludzi, z którymi mamy zażyłe kontakty. To nasza druga rodzina.

W.M.: Dlaczego wybrałaś rolnictwo?

Jestem z miasta, ale zawsze ciągnęło mnie do przyrody, przede wszystkim do zwierzaków. Rośliny początkowo nie wydawały mi się interesujące, ale podczas pracy w polu z Robertem przekonałam się, jak dużo się dzieje z roślinami, czego nie widać okiem laika. Na rolnictwo ekologiczne zdecydowałam się, bo czułam, że to jest to. Widzę, jak różne rzeczy powstają od samego początku – od nasionka poprzez całą uprawę, zbiór, czyszczenie, potem sprzedaż i jedzenie. To jest cały proces od początku do końca, a tego brakowało mi w innych pracach, w których brałam udział.

Studiowałam rolnictwo na SGGW w Warszawie, ze specjalizacją rolnictwo ekologiczne. Na moim roku było ponad sto osób, ale większość z nich nie związała swojej przyszłości z gospodarką. To był pierwszy rocznik z taką specjalizacją, ale po kilku latach niestety została ona zlikwidowana. Wyjechałam do Brukseli, pracowałam dla IFOAMu [przyp. red.: Międzynarodowa Federacja Rolnictwa Ekologicznego]. Tam poznałam rolnictwo ekologiczne od strony legislacyjnej. Po powrocie zrobiłam studia magisterskie i kontynuowałam praktyki w gospodarstwach, uczestniczyłam w szeregu różnych seminariów, konferencji w kraju i za granicą.

Wcześniej pracowałam w styczności z rolnictwem, ale była to praca biurowa. W organizacjach pozarządowych stykałam się z rolnictwem tylko w teorii. Brakowało mi praktyki, tego holistycznego podejścia. Nie komputera, ale ziemi, ludzi, roślin, zwierząt.

W.M.: Jakie są obecnie wasze największe wyzwania?

Największym problemem jest brak ludzi do pracy. Przy 30 hektarach potrzeba  w sezonie do pomocy ok. 20 osób. Pielenia zaczynamy już w kwietniu, a kończymy w połowie lipca. Jeśli od początku sezonu nie możemy skompletować załogi do pielenia, później mamy o wiele więcej pracy.

Druga sprawa to warunki atmosferyczne. Susze były już 30 lat temu, to nie jest nic nowego, natomiast nie ma już łagodnego przejścia między porami roku. Jest zima, a potem zaczyna się lato, a wiosna to jest czasami tydzień, czasami dwa tygodnie. To dla przyrody, dla roślin jest szok. Jeżeli jeszcze przez tydzień, dwa tygodnie nie spadnie deszcz, to będziemy mieli naprawdę spore problemy, ponieważ część roślin po prostu obumrze.

W.M.: Jakie znaczenie ma Wspólna Polityka Rolna?

Znaczenie Wspólnej Polityki Rolnej jest duże, ale trudno powiedzieć, czy pozytywne, czy negatywne – zależy kogo spytać. U nas z perspektywy 20 lat widać efekty. Jak mąż zaczynał przed wejściem do Unii Europejskiej, to rynki zbytu były jeszcze mocno ograniczone. Teraz bez problemu możemy sprzedać ten towar za granicę po dobrej cenie i na pewno jest to zasługa WPR. Ale to umożliwia też niekontrolowany napływ towarów spoza Unii. Teoretycznie WPR to reguluje, ale w praktyce to nie działa, ten system jest niewydolny. Zamiast chronić rolników lokalnych, to otwiera furtki na napływ taniego towaru z Chin. Jakościowo jest on znacznie odbiegający od naszego, polskiego towaru, ale jest tani, a duża część klientów kieruje się głównie ceną.

Jest dużo ładnych haseł odnośnie różnorodności, przetwórstwa, obrony lokalnych rolników. W moim odczuciu pozostają one tylko hasłami, ponieważ nie ma dobrych narzędzi motywujących rolników do starań, aby te hasła stały się rzeczywistością. Dotacje działają tak, że najpierw rolnicy dostają pieniądze, a potem wykonują daną pracę, żeby im tych pieniędzy nie odebrano. To degraduje sposób myślenia. Kiedyś rolnik musiał dokładnie przemyśleć, co musi posiać na polu, ile obornika nawieźć, jaki płodozmian zrobić, żeby mu rosło i żeby mógł coś sprzedać i wykarmić siebie i rodzinę. W tej chwili rolnik patrzy, na co są dotacje, i to uprawia. To jest wypaczenie, które zrobiła Wspólna Polityka Rolna. Politycy nie uważają tego za istotne, bo ważne jest, żeby rynek się rozwijał, ale nie widzą konsekwencji swojego podejścia.

W.M.: Co należałoby zmienić?

Błędy są widoczne przede wszystkim w systemie edukacji. Trzeba zacząć od szkół i od uczenia młodego człowieka. Kształcimy kolejne pokolenia w sposób mało inteligentny i robimy z siebie odtwórców procedur i przepisów. Później, jak tacy ludzie idą do rządu, samorządu czy do instytucji unijnych, to nie są w stanie przełożyć swojego działania na realne efekty w rzeczywistości.

Patrząc na to, w jaki sposób zarządzać produkcją czy dystrybucją żywności, przede wszystkim należy się zastanowić, jakie to przyniesie konsekwencje. Jeśli spytamy o błędy polityków rządowych, to powiedzą, że takie są przepisy unijne. Z kolei Komisja Europejska powie, że oni dają tylko ramowe przepisy, a implementacją zajmują się krajowe rządy i samorządy. Ja uważam, że wina leży po obu stronach, bo obie strony w pewnym zakresie są odpowiedzialne za te przepisy. Niech ten polityk, w lipcu czy sierpniu, kiedy ma wakacje, przyjedzie na pole i przez miesiąc popracuje. Wtedy może zasiadać na stanowiskach odpowiedzialnych za rolnictwo. Jak się napoci na polu, to wtedy inaczej będzie myślał za biurkiem.

Chodzi mi o to, żeby trzymać się bliżej ziemi. Wycieczki klasowe jeżdżą na wieś i odwiedzają gospodarstwa. To powinno być dobrze przemyślane i omówione z dzieciakami. To można robić od najmłodszych lat, od przedszkola. Trzeba dawać dzieciakom zadania nastawione na działanie i na myślenie, żeby one na przykład musiały zrobić u siebie pod szkołą ogródek i w trakcie sezonu zadbać o niego, zebrać potem plony, ugotować jedzenie. Tak, żeby one widziały, że to nie jest tylko kupowanie pomidorów w sklepie, tylko ten proces trwa pół roku. Tę sadzonkę trzeba najpierw wyhodować z nasionka, potem podlewać, pielić. Takie osoby, które będą miały od najmłodszych lat zakotwiczone myślenie, że to się nie bierze z półki, tylko trzeba nad tym popracować, później będą o to inaczej dbały.

W.M.: A jakie widzisz rozwiązania na teraz?

Doraźne działania też są potrzebne, ale moim zdaniem nie są one efektywne. Za dużo pieniędzy wydajemy doraźnie, po fakcie. Jak już jest powódź, to dajemy pieniądze, żeby te domy odrestaurować  albo przenieść ludzi. A czemu nie dajemy pieniędzy wcześniej na wały przeciwpowodziowe, na zagospodarowanie terenu? To samo jest z rolnictwem. Nie musimy czekać, aż będzie susza albo jakaś inna plaga, żeby potem pomagać. Trzeba myśleć o tym wcześniej.

Ciężko jest wymyślić jedno rozwiązanie idealne dla wszystkich krajów, to zrozumiałe, ale kiedy widzimy, że ta droga nie jest właściwa, to powinna nastąpić refleksja. Dotacje obszarowe, do hektara, w przypadku rolnictwa ekologicznego spowodowały tysiące hektarów uprawy orzecha włoskiego czy jabłonek, które z uprawą ekologiczną nie miały nic wspólnego. Ani nawet z konwencjonalną, bo tam się nie zbierało owoców ani orzechów. Wycofajmy się, jeżeli widzimy, że to nie działa, trudno. A politycy idą w zaparte. Jeżeli jest projekt na pięć lat, to niech się wali, pali, ale musi być zrealizowany. Tylko oni za to konsekwencji nie ponoszą żadnych, a społeczeństwo się z tym męczy. Dobrym rozwiązaniem byłaby zmiana taktyki podejmowania decyzji.

Z doraźnych rozwiązań w ramach WPR ważne byłoby też uszczelnienie rynku dla produktów naszych, krajowych, a w kontekście Unii – dla produktów unijnych. Jeżeli są produkty, które u nas nie rosną, to importujmy z zewnątrz, natomiast w przypadku takich produktów jak jabłka, fasole, pomidory, dynie najpierw zatroszczmy się, żeby nasi rolnicy mogli to sprzedać w odpowiedniej cenie.

Jeżeli chodzi o rolnictwo ekologiczne, to system jest odwrócony do góry nogami. Rolnicy muszą udowadniać na każdym kroku, że są ekologiczni i ponosić spore nakłady finansowe. W tym samym momencie rolnicy konwencjonalni, którzy stosują bardzo duże ilości środków wyniszczających glebę i organizmy żywe, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności i przed nikim tłumaczyć się nie muszą. Niech będzie etykietowanie. To rolnik konwencjonalny powinien dać na etykiecie cały wypis środków, jakie były stosowane. Niech klient wie, co będzie jadł oprócz tego bakłażana czy cukinii, niech ma świadomość, że poza warzywem jest tam cała masa pestycydów. Rolnik ekologiczny też powinien używać etykiet i przechodzić kontrole. Ten trend na niecertyfikowane rolnictwo ekologiczne uważam za niewłaściwy. To narzędzie Wspólnej Polityki Rolnej powinno być utrzymane.

Trzeba też promować i wspierać rolników, którzy bezpośrednio zaopatrują klientów. Jeżeli rolnik ma 100 hektarów, ale w dwa tygodnie wywozi wszystko tirami po żniwach, bo ma rzepak, pszenicę i nic więcej, to on ma inne nakłady pracy niż rolnik, który uprawia szereg warzyw i zaopatruje lokalny rynek, co tydzień jeżdżąc do miasta sprzedawać bezpośrednio klientom. On za to nie jest gratyfikowany i nie ma żadnych ulg za taką działalność, a pracy jest znacznie więcej. Nawet jeżeli dopłaty do warzyw są większe niż do zboża, to 400zł za hektar w skali roku  nie jest żadną gratyfikacją. Miasta mogłyby na przykład sfinansować porządne targi, gdzie rolnicy mogliby się wystawiać, bo teraz za to wszystko płaci rolnik.

Albo dlaczego rząd zasłania się przepisami sanepidowymi i w szkołach nie może być żywności ekologicznej? W innych krajach to funkcjonuje: Niemcy, Szwajcaria, Austria, Francja – w szkołach, więzieniach podawane są ekologiczne posiłki, a u nas cały czas się klepie katering marnej jakości i wystawia w korytarzach automaty z coca-colą i batonami.

Kooperatywy spożywcze to jest bardzo fajny trend. Nie chodzi tylko o to, żeby wymierzyć cios w supermarkety – co jest moim zdaniem dobre – ale też o to, żeby bliżej poznać tego rolnika. Taka grupa ludzi zupełnie oderwana od rzeczywistości rolniczej, która większość czasu spędza przed komputerem, niekiedy pierwszy raz widzi, jak wygląda fasola na polu. Albo jak unosi się tabun kurzu za pielnikiem – nikt o tym nie myśli sięgając po produkt na półce.

W.M.: Czym jest dla Ciebie suwerenność żywnościowa?

Suwerenność żywnościowa to jest dla mnie idealny model funkcjonowania rodziny. Takiej, która jest w stanie zaopatrzyć się, przy współpracy z sąsiadami, we własną żywność. Z kolei na poziomie krajowym też powinniśmy być w stanie się sami wyżywić, a do tego nam bardzo daleko. Gdyby teraz nałożono na nas embargo, to byśmy leżeli w przeciągu kilku miesięcy. Suwerenność żywnościowa powinna być wdrożona w przepisy rządowe, samorządowe i gminne w taki  sposób, żeby była zapewniona wystarczająca ilość żywności w kraju. Po drugie, żeby można było przetworzyć tę żywność, która tego wymaga. Żeby tę żywność można było w odpowiednich warunkach składować, potem dystrybuować i ewentualnie, jeżeli jest potrzeba, utylizować. A tego nie ma.

Są osoby, które wykonują dużo pracy na tym polu. Mieczysław Babalski jest sztandarowym przykładem, i słusznie, bo od 85 roku wykonał ogromną pracę i pokazał, że jest to możliwe, żeby od siebie i od rzeszy rolników odbierać produkt, przetwarzać, sprzedawać i robić to na wysokim poziomie, w dobrej jakości. Tak powinno być w skali kraju z każdym rodzajem produktu, czy to z pochodzenia roślinnego, czy zwierzęcego. On zawsze też dba o godziwą płacę i nigdy się nie dorobił na wyzyskiwaniu kogoś innego. Ministerstwo i ODR-y powinny do niego jeździć i się uczyć.

Rozmowę z Moniką Styczek-Kuryluk przeprowadził Wojtek Mejor 10 sierpnia w Krainie Rumianku w Hołownie.

 

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.