ISSN 2657-9596
Ilustr. cdd20/Pixabay.com

Smutek bywa dobry

Magdalena Budziszewska
4 października 2019
Smutek to jedno z tych uczuć, które towarzyszą nam przez całe życie. Smucimy się z wielu powodów: utraty kogoś bliskiego, przykrości, którą ktoś nam wyrządził, czy też z poczucia bezradności i samotności. Coraz więcej osób odczuwa też smutek klimatyczny.

Określeń na emocje jakie czują ludzie konfrontując się z realnością zmian klimatu jest dużo. Bo też nie jest to jedna emocja, a całe spektrum różnych emocji. Każdy człowiek reaguje też inaczej. Reakcje emocjonalne na zmianę klimatu sięgają od łagodnej melancholii wywołanej poczuciem straty znajomego świata, aż po stany desperacji i paniki.

Może najłagodniejsze z tych określeń to pojęcie solastalgii. Ukuł je australijski filozof Glenn Albrech. Jest to neologizm powstały z połączenia łacińskiego słowa sōlācium oznaczającego komfort i greckiego rdzenia – algia, oznaczającego ból lub chorobę. Albrecht stworzył słowo, które wcześniej nie istniało, aby podkreślić, że sytuacja zmiany klimatu jest bezprecedensowa, i że mamy do czynienia z czymś, czego nie pozwalają opisać dotychczasowe pojęcia.

Jego oryginalny tekst opisuje między innymi doświadczenia australijskich rolników. Mimo, iż ludzie ci pozostają na swojej ziemi i przy swojej pracy, ich świat zmienia się nie do poznania. W ten sposób nie ruszając się z miejsca, można mieć doświadczenia bycia uchodźcą lub wygnańcem. Solastagia przypomina więc tutaj nostalgię. To nie my ruszamy się z miejsca, ale nasze dawne ojczyzny przestają istnieć. Rzeczy, które zdawały się niezmienne, w tym komfort i rytm następujących po sobie pór roku, pory deszczu i żniw, znajome rośliny i zwierzęta – to wszystko znika w zastraszającym tempie. Myślę, że polscy rolnicy mogą mieć już częściowo podobne doświadczenia. Polska przechodzi na naszych oczach z klimatu umiarkowanego, z sześcioma porami roku, w tym mokrym przedwiośniem, jesienią i przedzimiem, do czegoś co bardziej przypomina klimat kontynentalny. Niemiłosiernie suche i upalne lato, które trwa od wiosny do jesieni, mokra zima bez śniegu, krótkie gwałtowne opady zamiast długich mżawek. Nasze rośliny i zwierzęta, ale także nasze rolnictwo nie są do tego przyzwyczajone. Nagle coś, co było zawsze, przestało istnieć.

Glennowi Albrechtowi zawtórowała znana krytyczka literacka Zadie Smith. W eseju, stanowiącym elegię dla pór roku, pisze o bolesnej bezsilności języka wobec wyrażania tych uczuć. Krajobraz, klimat, pogoda, to wszystko jest dla Smith rodzajem duchowego i ekologicznego domu, zakorzenionego w doświadczeniach dzieciństwa. Ale ten świat już nie istnieje, mówimy o nowej normalności, by opisać fale upałów i powodzi, zamiast tego co mamy w pamięci, wiosennego kapuśniaczku i pachnącej mokrej ziemi pełnej dżdżownic. Smith pisze, że boimy się nazwać to, co się dzieje jako “nienormalne”. To przypominałoby nam, co utraciliśmy. Zadie Smith opisuje to w kontekście wiejskiej Anglii, jednak mieszkając w Polsce i w mieście, można mieć podobne doświadczenia. W moim bloku na warszawskim Ursynowie prawie wszyscy mają jeszcze sanki w piwnicy, ponieważ są tu małe górki, z których kiedyś można było zimą zjeżdżać.  Te sanki rdzewieją w piwnicach, od lat nie ma sensu ich wyciągać, bo obecne nastolatki już nie pamiętają śnieżnych zim na Ursynowie.

Jednak solastalgia to tylko pierwsze i najłagodniejsze z określeń smutku klimatycznego. Jeśli ludzie zdają sobie sprawę z pełni powagi problemu z klimatem (a chyba jednak mało kto sobie zdaje), wtedy do głosu dochodzą dużo mroczniejsze uczucia. Przez powagę rozumiem tu skalę czasową i i zasięg problemu. Zarówno to jak mało czasu mamy na powstrzymanie najgorszego scenariusza, jak i to, że pewne zmiany są już nieuchronne i nieodwracalne – będą trwały dłużej niż cała dotychczasowa ludzka cywilizacja – i efektywnie mogą zagrozić jej istnieniu. A na pewno przyniosą niewyobrażalne koszty mierzone ludzkim i poza ludzkim cierpieniem. Właściwie to już przynoszą. Tutaj zaczyna się mrok i wielu osobom przychodzi do głowy kulturowa opowieść o apokalipsie. Tak mówią o sobie aktywiści klimatyczni: “Robię w Apokalipsie”.

Prowadziłam badania rozmawiając z różnymi grupami ludzi w Polsce, w tym właśnie aktywistami, ale także młodzieżą, czy osobami, które ze względu na klimat doświadczały stanów lękowych i korzystały z psychoterapii. Oni mówią wprost o przechodzeniu przez epizody “depresji klimatycznej” – sami to tak nazywają. Spotkałam się z krytyką, że nie można tego tak nazywać, w końcu depresja to poważna, bywa że śmiertelna, choroba, a nie żadna moda czy wymysł wynikający z przejęcia jakimś choćby najbardziej ważnym tematem. Te “depresje klimatyczne” o których ludzie mi opowiadali, to nie były jednak rzeczy niepoważne, jakieś fantazje nadwrażliwców. To były głębokie i bardzo mroczne epizody utraty sensu życia (po co uczyć się, czy pracować na planecie zmierzającej w przyspieszającym tempie w stronę zagłady), paraliżu – nie wstawania z łóżka, utraty dotychczasowych systemów wartości, przekonań, tożsamości. Towarzyszy im lęk o przyszłość swoją i najbliższych, zwłaszcza wyraźny u rodziców małych dzieci. Ludzie budzili się z nocy zlani potem, myśleli, jaka przyszłość czeka ich dzieci. Epizody te nasilały się w trakcie fal upałów, a te były w Polsce w ostatnich latach wyjątkowo długie. Dla niektórych rozwiązaniem był cynizm i rodzaj nienawiści do ludzkości, która sama sobie (i milionom innych istot) właściwie dobrowolnie gotuje ten los. Niekontrolowanemu globalnemu ociepleniu można by bowiem nawet jeszcze teraz zapobiec. Problemem jest to, że niezbędne działania nie są podejmowane w wystarczającej skali.

Inni, mający większy poziom empatii, bardzo przeżywali i utożsamiali się z cierpieniami najsłabszych, od dzieci w krajach globalnego południa (w tym roku tropikalny cyklon w Mozambiku pozbawił domu i uczynił sierotami ogromne ilości dzieci), po cierpienia starszych ludzi w pozbawionych klimatyzacji i nie dofinansowanych polskich szpitalach. Pytali, jak będzie wyglądała ich starość, jeśli system społeczny się załamie. Do tego lęk. Do tego poczucie winy za własny udział w niszczeniu środowiska, a przecież nie da się żyć nie szkodząc. Obsesyjne myśli, sny i fantazje obejmujące możliwą przemoc, głód, apokalipsę. Depresja lub lęk klimatyczny – to nie jest wymysł, to przedsionek piekła i konfrontacja z egzystencjalnym zagrożeniem.

Łatwo jest być może ulec pokusie jakiejś patologizacji tego zjawiska, powiedzieć, że są to osoby jakoś nadwrażliwe, czy wręcz neurotyczne.  Bas Verplanken i Deborah Roy w badaniu przeprowadzonym w Wielkiej Brytanii i opublikowanym w PLOS ONE pokazali jednak, że osoby martwiące się zmianą klimatu nie są statystycznie rzecz biorąc bardziej neurotyczne niż reszta populacji. Cechowała je natomiast większa otwartość na nowe informacje i doświadczenia. Częste, nawet codzienne, martwienie się zmianą klimatu nie było w tym badaniu skorelowane z ogólną cechą  patologicznego martwienia się. Było za to powiązane z zachowaniami prośrodowiskowymi.

Do tego trzeba dodać, że w psychoterapii często pracuje się z lękiem i żałobą dotyczącą rzeczywistych i poważnych spraw. Jeśli komuś umiera bliska osoba albo dostaje diagnozę nieuleczalnej choroby, jego lęk dotyczy prawdziwej sprawy i może być nawet bardzo intensywny. Nie można mu powiedzieć, jakoś to będzie. Podobnie jest ze zmianą klimatu.

Pocieszające jest to, że przynajmniej na podstawie wstępnych badań, większość osób przeżywa najtrudniejsze emocjonalnie chwile na samym początku, kiedy dopiero zaczyna wchodzić w temat i interesować się zmianą klimatu. Wiele z tych lęków i depresji miało charakter epizodów i osoby po jakimś czasie radziły sobie z tą nową wiedzą i świadomością. Wiązało się to ze zmianami w stylu życia. Osoby przechodziły na wegetarianizm, zmieniły nawyki związane z podróżowaniem czy używaniem energii. To także pokazują badania, że osoby martwiące się zmianą klimatu częściej podejmują zachowania proekologiczne. Ale najlepiej zdecydowanie poradziły sobie osoby, choć są to dopiero wstępne wnioski z moich badań, które wcześniej były osamotnione ze swoim zmartwieniem, a które depresja klimatyczna doprowadziła do zaangażowania się w jakąś formę wspólnego działania. Poczucie bycia w grupie, zrozumienia, wsparcie społeczne i fakt, że podejmuje się jakiekolwiek działania,  cokolwiek uważa się za sensowne i przyzwoite (robię, co mogę), zdecydowanie pomagają ludziom emocjonalnie. Gdyby wszyscy tak zrobili, sprawa klimatu zostałaby rozwiązana, choć nawet wtedy nie byłoby to łatwe.

Wydaje się więc, że można przejść na drugą stronę depresji klimatycznej albo wydobyć się z paraliżującego lęku klimatycznego i odzyskać zarówno chęć życia jak i energię do działania. Choć na pewno trudne emocje nigdy nie znikają całkiem i mogą okresowo powracać. Jest to właściwie podobne do procesu przechodzenia przez żałobę, który w psychologii jest dobrze opisany. Wielu osobom, które nie radziły sobie same przez dłuższy czas, pomogła także psychoterapia. Niektórzy opisywali swój stan po jakimś czasie od przejścia depresji klimatycznej , jako rodzaj egzystencjalnej radości związanej z umiejętnością patrzenia odważnie na największe wyzwania przed jakimi staje ludzkość i stawiania im czoła przez wspólne działanie. Może porównanie jest odległe, ale podobne stany opisują czasem osoby poważnie chore, które pogodziły się ze swoją chorobą. Radość pojawia się w zaskakujących miejscach. Jest to też bliskie perspektywie psychoterapii egzystencjalnej. Zgoda na niepewność, współzależność, skończoność i śmiertelność – czyli na pewniki egzystencjalne – paradoksalnie prowadzić może do radości. Zaprzeczanie im, tylko do destrukcji.

Joanna Macy, autorka i aktywistka, która od lat zajmuje się przeżywaniem żałoby ekologicznej, proponuje taką interpretację problemu, że to właśnie niemożność stawienia czoła tak trudnym emocjom, jakie powoduje zmiany klimatu i niszczenie środowiska, swoiste unikanie żałoby i cierpienia, powoduje, że jako ludzkość nie jesteśmy w stanie efektywnie przeciwdziałać katastrofie. Joanna Macy bardzo dowartościowuje świadomość i umiejętność patrzenia w samo jądro (ciemności) problemu, w rozmowie zatytułowanej “Uczmy się widzieć w ciemnościach pośród katastrofy”  mówi:

„Najbardziej radykalną rzeczą, jaką każdy z nas może dzisiaj zrobić, jest bycie całkowicie obecnym i świadomym tego, co dzieje się na świecie.”

W takim wypadku osoby zmagające się z lękiem i depresją klimatyczną są po prostu odważnymi sygnalistami, którzy wybierają świadomość problemu, zamiast zaprzeczania.


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.