Kryzysy globalnej gospodarki

Przemysław Wielgosz , Marcin Wrzos
4 września 2017
O tym jak neoliberalizm kolonizuje globalną gospodarkę z Przemysławem Wielgoszem rozmawia Marcin Wrzos.

Marcin Wrzos: Wraz z upadkiem ZSRR gospodarka kapitalistyczna w obecnym kształcie zdominowała świat. Naomi Klein twierdzi, że nie musiało się tak stać. Jej zdaniem, gdyby rywalizacja między blokami trwała dłużej, doszłoby do załamania kapitalizmu. Upadek bloku wschodniego przyszedł w ostatnim momencie i otworzył mu pole do ekspansji. Od tamtej pory coraz mniej jednak pozostało miejsc do skolonizowania…

Przemysław Wielgosz: Kapitałowi niekoniecznie potrzebna jest przestrzeń do podbicia. Potrafi on cyrkulować wewnątrz systemu kapitalistycznego. Dobrym przykładem jest zjawisko przesunięć produkcyjnych. Kapitał w poszukiwaniu taniej siły roboczej oraz dogodnych dla siebie warunków inwestowania przemieszcza się globalnie. Beverly J. Silver bardzo ciekawie opisuje w swojej książce pt. „Globalny proletariat”, jak wyglądało przemieszczanie się ośrodków przemysłu motoryzacyjnego w Stanach Zjednoczonych. Fabryki początkowo migrowały z północnych stanów na południe, potem do Meksyku, a następnie do Republiki Południowej Afryki, Korei Południowej, Brazylii i do Chin. Silver udowodniła, że poszukiwanie taniej siły roboczej może mieć wymiar globalny, że nie jest to jakaś nowość w kapitalizmie.

Ruch odbywa się tylko w jedną stronę?

Kiedy wyczerpują się już możliwości znajdowania obszarów, na których siła robocza jest tania, bo odpowiednio spacyfikowana, kapitał może powracać do swoich mateczników. Oznacza to niszczenie sektora socjalnego i próby redukcji praw społecznych do poziomu występującego w krajach, do których produkcja migrowała wcześniej. Warto pamiętać, że konsekwencją delokalizacji produkcji na peryferie jest także wywieranie negatywnej presji na siłę roboczą w krajach centrum kapitalizmu globalnego. Dochodzi do stagnacji płacowej, czasami do realnego ich obniżania. To oczywiście powoduje generalnie, że siła oporu stawianego przez pracowników jest mniejsza, a możliwości wywierania na nich presji większe.

Przy czym rzecz jasna nie jest to tak znakomita sytuacja z punktu widzenia kapitału, jaka była wtedy, kiedy mieliśmy do czynienia z obszarami, na których istnieją reżimy dyktatorskie, które depczą wszelkie aspiracje pracownicze i mogą wejść do globalnych sieci, oferując tanią i spacyfikowaną siłę roboczą. Mam na myśli takie kraje jak Chiny, Bangladesz, Indonezja czy Wietnam. W najbliższym czasie krajami takimi staną się najprawdopodobniej kraje afrykańskie. Ten proces można już zaobserwować w Nigerii i Republice Południowej Afryki. Kwestią czasu jest, kiedy dołączą następne.

W ostatnim czasie obserwujemy upadek gospodarki Wenezueli, która starała się budować alternatywny model ekonomiczny. Czy to nie dowód na skuteczność neoliberalizmu?

Być może jest wręcz przeciwnie. Problem Wenezueli polega przede wszystkim na tym, że to odejście od neoliberalizmu było bardzo niekonsekwentne. Znaczenie miały również ograniczenia polityczne. Ten bardzo długi epizod rządów lewicowych miał znakomity początek oraz niezaprzeczalne i wielkie osiągnięcia. Poważne problemy zaczęły się w ciągu ostatnich lat. Trzeba pamiętać, że kłopoty wenezuelskiej gospodarki pojawiają się wtedy, kiedy kraje globalnego południa zaczynają coraz mocniej odczuwać skutki globalnego kryzysu ekonomicznego, który zaczął się w 2007 roku w Stanach Zjednoczonych na rynkach finansowych, a potem rozszerzył się na tzw. gospodarkę realną. Kiedy Stany Zjednoczone i państwa europejskie odczuwały największe skutki kryzysu, kraje Ameryki Łacińskiej, łącznie z Wenezuelą, przeżywały bardzo efektowny okres rozwoju ekonomicznego i społecznego, być może największy w ostatnich kilkudziesięciu latach.

Kiedy można było zaobserwować pierwsze oznaki kryzysu?

Jeszcze lata 2012-2013 to jest okres bardzo dobrych wyników gospodarek latynoamerykańskich, ale także gospodarki chińskiej, indyjskiej, południowoafrykańskiej i innych gospodarek wschodzących. Załamanie przychodzi w momencie, kiedy skutki kurczenia się wzrostu gospodarczego, inwestycji, a także rynku kredytowego w Europie i Stanach Zjednoczonych zaczynają docierać do krajów, które znajdują się na peryferiach systemu globalnego, ale które odgrywają istotną rolę w łańcuchach dostaw.

Wenezuela jest krajem, któremu nie udało się uwolnić od monopolu surowcowego. Uzależniona jest od ropy naftowej, której ceny mocno poszły w dół, co ma również bardzo negatywny wpływ na sytuację gospodarczą w tym kraju. To nie jest oczywiście jedyny powód kryzysu. Można je znaleźć w samym projekcie chavezowskim, a właściwie postchavezowskim. Tym niemniej, jeśli mówimy o powiązaniach globalnych, to warto zwrócić uwagę na to, że problemy Wenezueli występują w tym samym czasie, w którym problemy ze zmniejszonym wzrostem gospodarczym mają Chiny, Indie, Brazylia, Argentyna i wiele innych krajów z globalnego południa.

W ostatnich latach coraz częściej do władzy w krajach centrum pod hasłami narodowego egoizmu dochodzi prawica. Brak solidarności sprawia, że globalnie mamy do czynienia z sytuacją równowagi. Bogaci się bogacą, a biedni mają coraz mniej. Procesy zachodzące 20-30 lat temu tylko się pogłębiają…

W pewnym sensie tak jest. Wynika to z tego, że neoliberalizm nie jest w stanie się reformować. Interesy korporacyjne nie pozwalają na zmianę status quo. Doszło do takiego powiązania władzy ekonomicznej, politycznej i korporacyjnej, że niezdolność tego modelu do reform będzie tylko narastać. Trzeba pamiętać, że w skali globalnej doświadczamy bardzo poważnych zjawisk dowodzących, że hegemonia tradycyjnych euroatlantyckich ośrodków kapitalizmu znajduje się w poważnych tarapatach. Stany Zjednoczone, jako jedyne supermocarstwo, również przeżywają kryzys. Mamy do czynienia z epoką przejściową. Widzimy wzrost znaczenia takich państw jak Chiny czy Indie.

Spójrzmy na to, co dzieje się w Ameryce Łacińskiej. W latach 80. żadna lewicowa fala nie byłaby możliwa. Stany Zjednoczone przeprowadziłyby szereg udanych zamachów stanu, które zakończyłyby nieprzychylne im lewicowe rządy. Teraz udało się obalić Amerykanom władzę tylko w Hondurasie. Próba obalenia rządu w Wenezueli w 2002 roku zakończyła się niepowodzeniem…

Dlaczego wpływy Stanów Zjednoczonych w Ameryce Łacińskiej słabną?

Epizod kilkunastoletnich rządów lewicowych w Ameryce Łacińskiej jest bardzo optymistyczny. Udało się zrobić dużo dobrego, ekonomicznie i społecznie. Był to czas wielkiego wzrostu gospodarczego, a zarazem zmniejszania się długu publicznego, gigantycznego wzrostu nakładów na cele społeczne, likwidacji głodu i biedy na niespotykaną dotąd skalę. To spowodowało, że np. Brazylia zmieniła miejsce w międzynarodowym podziale pracy. To jest efekt zachodzących w regionie zmian. Oczywiście wszystko to miało swoją cenę, ale to już jest inna kwestia.

Podobne procesy zachodziły w Chinach i innych państwach Azji. Oczywiście kryzys ekonomiczny, który tak mocno uderzył w ośrodek euroatlantycki i w dalszym ciągu trzyma go w stanie stagnacji, jednocześnie odciska się piętnem na tym, co się dzieje w krajach globalnego południa. Tym niemniej sam fakt, że mamy zróżnicowanie, jeśli chodzi o dynamiki ekonomiczne, dowodzi, że mamy inną sytuację niż w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy mieliśmy supremację Stanów Zjednoczonych oraz ich sojuszników, co przejawiało się w narzucaniu krajom globalnego południa umów wolnohandlowych i globalne rządy organizacji takich jak rządy WTO. Po 2003 roku to się skończyło. Teraz Zachód będzie starał się powracać do tego, ale trzeba obiektywnie stwierdzić, że ten powrót jest już na nieco mniejszą skalę. Dziś już nie próbuje się narzucić wielostronnego porozumienia na skalę globalną, ale raczej stara się to zrobić w skali kontynentalnej lub regionalnej. Inaczej wyglądają układy sił geopolitycznych i ekonomicznych niż w latach dziewięćdziesiątych. Inna jest pozycja Stanów Zjednoczonych, na które jeszcze w latach siedemdziesiątych przypadała połowa produkcji światowej. Dziś jest to 20 procent lub nawet mniej. Chiny produkują więcej i mają w związku z tym inną pozycję negocjacyjną.

Nie sposób chyba wyobrazić sobie przezwyciężenie kryzysu bez reformy systemu finansowego?

Dziś jest to już problem nie tylko systemu finansowego, ale również gospodarki realnej. System finansowy należałoby poddać demokratycznej kontroli i zmienić zasady jego funkcjonowania. Problem w tym, że regulacje, które udało się wprowadzić po kryzysie z 2009 roku, znajdują się pod ostrzałem administracji Donalda Trumpa, a w UE w ogóle nie wprowadzono żadnych regulacji ograniczających spekulacje . Rozdzielenie działalności inwestycyjnej banków od działalności komercyjnej nadal nie zostało zrealizowane. Bez tego rodzaju posunięć sektor finansowy będzie tykającą bombą, która będzie wywoływała coraz częstsze i coraz bardziej głębokie kryzysy finansowe.

Problem polega też na kluczowej kwestii gospodarki produkcyjnej, jaką jest stagnacja. W ramach logiki kapitalistycznej trudno znaleźć sposób na przełamanie toru stagnacyjnego, na którym znalazła się gospodarka. Sposobem na radzenie sobie ze stagnacją jest neoliberalizm. Pogodziliśmy się z tym, że nie potrafimy wytworzyć większego bogactwa i żeby ratować zyski, stosujemy strategię coraz bardziej nierównego i niesprawiedliwego dzielenia tego, co jest. Dokonujemy również skoku na dobra wspólne, które jeszcze nie zostały skomercjalizowane.

Problemem gospodarki światowej jest postępująca monopolizacja. Coraz większa władza przechodzi w ręce coraz mniejszej grupy korporacyjnych graczy. Podmioty te skupiają dziś w swoich rękach nie tylko władzę ekonomiczną, ale również polityczną. Mają na nią ogromny wpływ, ale również mają władzę symboliczną, ideologiczną.

Coraz częściej pojawiają się pytania o granice wzrostu. Czy kapitalizm na obecnych zasadach może się jeszcze długo się rozwijać?

Bez wzrostu kapitalizm upadnie. W latach trzydziestych były prowadzone w Niemczech badania, które wykazały, że przy ówczesnym poziomie wydajności można było skrócić pracę pracowników do sześciu godzin dziennie i wynagradzać ich godziwie. Dziś podejrzewam, że ta konieczna praca, którą powinniśmy wykonywać, aby gospodarka się rozwijała, mogłaby trwać jeszcze krócej. Sęk w tym, że kapitalizm musiałby się pogodzić z utratą swoich wpływów politycznych. Kapitał musiałby zrezygnować ze swojej uprzywilejowanej pozycji, którą utrzymuje dzięki temu, że zamiast redystrybuować korzyści ze wzrostu gospodarczego, które są już tak wielkie, że pozwalałyby już nam myśleć o jakości życia, a nie o ciągłym wzroście produkcji, woli produkować więcej, ponieważ dzięki temu może dyscyplinować klasy podporządkowane. Myślę, że klucz leży w konflikcie klasowym.

Nowa administracja amerykańska zamierza wycofywać się z rozwiązań przyjętych przez poprzedników w zakresie ochrony środowiska. Ekologia jako hamulec wzrostu ekonomicznego?

Nie jestem zaskoczony. To jest dokładnie to, z czym mieliśmy do czynienia, kiedy George Bush jr. obejmował władzę. Narodowa strategia energetyczna Stanów Zjednoczonych, wypracowana przez Dicka Cheney’a, całkowicie porzuciła pomysł poszukiwania alternatywnych źródeł energii na rzecz wzmocnienia amerykańskiej kontroli nad istniejącymi złożami ropy naftowej. Konsekwencją takiego sposobu myślenia była inwazja na Irak i zaangażowanie się na Bliskim Wschodzie. Dziś widzimy skutki tamtych decyzji. To są bardzo złe wiadomości. Nie tylko dla przyrody, ale przede wszystkim dla ludzi. Przyroda sobie poradzi, my bez środowiska nie przetrwamy.

Postępowanie zgodnie z takim ekstraktywistycznym myśleniem o zasobach, które reprezentuje obecna administracja Stanów Zjednoczonych, prowadzi nas do katastrofy. Tym bardziej że mamy przed sobą bardzo realną perspektywę kryzysu klimatycznego. To będzie w najbliższej przyszłości kluczowa kwestia, ponieważ będzie się ona wiązała z narastającym problemem konfliktów zbrojnych, z głodem, migracjami, uchodźcami itd. Posunięcia ekipy Donalda Trumpa są skrajnie nieodpowiedzialne i skrajnie niebezpieczne. Za rozwiązaniami, jakie promuje dziś amerykańska administracja, stoi potężny lobbing koncernów związanych z przemysłem wydobywczym. Klasie politycznej niełatwo go zignorować w sytuacji, kiedy amerykański system polityczny jest strukturalnie skorumpowany przez finansujący go wielki biznes.

Czy w takiej sytuacji dojdzie do pogłębienie konfliktu pomiędzy globalną północą a globalnym południem?

Na pewno zwiększy się presja wielkich korporacji wydobywczych na kraje globalnego południa. Dziś jest to już bardzo poważny problem. Kopalnie odkrywkowe w Kongo czy w Ameryce Łacińskiej wywołują negatywne skutki, które odczuwają całe społeczeństwa. Nakładają się na siebie konsekwencje klimatyczne, polityczne i ekonomiczne. Co ważne, skutki kryzysu klimatycznego rozkładają się nierówno. Kraje centrum, które najbardziej się do niego przykładają, w mniejszym stopniu ponoszą jego konsekwencje. Z przyczyn wewnątrzpolitycznych nie chcą oczywiście wziąć na siebie odpowiedzialności. Na kryzys klimatyczny powinniśmy patrzeć nie tylko przez pryzmat zmian samego klimatu, ale także poprzez narastające problemy społeczne.

Gospodarka zdominowana przez wielkie korporacje wymyka się demokratycznej kontroli. Czy w takiej sytuacji możemy z optymizmem patrzeć w przyszłość?

Neoliberalizm nie lubi demokracji. Unia Europejska w obecnym kształcie cierpi na ogromny deficyt demokratyczny. A to wszystko w imię skuteczności ekonomicznej, redukowanej do skuteczności finansowej. Przy czym skuteczność ta rozumiana jest bardzo partykularnie, jako realizacja interesów bardzo wąskich grup. To jest bardzo poważny problem, który ma oczywiście swój odpowiednik w krajach globalnego południa. Tyle że tam przekłada się to na daleko bardziej posuniętą erozję demokracji, widoczną na większej liczbie poziomów życia społecznego. Nie tylko jeśli chodzi o demokratyczne procedury podejmowania strategicznych decyzji, ale życie tych społeczności. Stąd dzisiaj mamy paradoks. Formalnie demokracja jest w większości krajów na świecie, ale realnie jej nie ma. Dominuje dyktatura ekonomiczna. Posługuje się ona formą demokratyczną, chociaż w gruncie rzeczy przekształcona jest już we władzę oligarchii.


Przemysław Wielgosz – Redaktor naczelny polskiego wydania „Le Monde diplomatique” i serii książkowych Biblioteka Le Monde diplomatique oraz Biblioteka Alternatyw Ekonomicznych. Jest autorem książki „Opium globalizacji” (Warszawa 2004), redaktorem
i współautorem książek „Koniec Europy jaką znamy” (Warszawa 2013) i „TTIP – pułapka transatlantycka” (Warszawa 2015) oraz współautorem książek: „Media i władza” (Warszawa 2006), „Zniewolony umysł 2” (Kraków 2007), „Futuryzm miast przemysłowych” (Kraków 2007), „Na okrągło 1989-2009” (BWA Wrocław, Kraków/Wrocław 2009), „Afirmacja czy kontestacja? Dylemat społeczeństwa kapitalistycznego w kryzysie” (Bielefeld 2014).

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *