Think Tank Feministyczny

Klimat: widok ze śmietnika

Iza Desperak
22 stycznia 2014

Nasi pradziadkowie i prababcie śmieci nie mieli. Ubrania się nosiło międzypokoleniowo, gdy się przecierały – nicowano, przerabiano na dziecięce, na ścierki. Jedzenia się nie wyrzucało, popiół wysypywało na grządki. Rzeczy przechodziły z pokolenia na pokolenie i się szybko nie rozpadały, bo nie były z masowej produkcji. Rynek, każący zmieniać samochody co kilka lat i bluzeczki co sezon, jeszcze się nie narodził. A potem poszło z górki – za dużo rzeczy, by je trzymać, masowa produkcja rzeczy, które muszą być z definicji nietrwałe, darmowe foliówki i każdy produkt w trzech warstwach folii, papieru i nie wiadomo czego jeszcze. Zanim zaczęła się moda na meble po dziadkach i wydziergane ręcznie skarpetki, pojawił się problem śmietników.

Najpierw po prostu były. Potem zaczęły być przepełnione. I były jeszcze śmierdzące zsypy w wieżowcach. I śmieci podrzucane do lasu, po tym jak wprowadzono opłaty i sprywatyzowano wywóz śmieci. Pomysł, by coś z tym zrobić, skierowano do młodego pokolenia. Oni do domu ze szkoły wrócą, i dziadkom przekażą, że plastik – tu, a odpady organiczne – tam. I jak raz w roku pobiegają z workami na śmieci po okolicznym skwerze, to może zastanowią się, zanim rzucą tam kolejną puszkę, butelkę, kartonik. Choć przecież starsi od zawsze segregowali torby po cukrze i słoiki, za opakowania szklane dostawali parę groszy na skupie, a do szkoły znosili makulaturę.

Dziś, gdy panuje nadprodukcja odpadów, segregacja śmieci i edukacja w tej dziedzinie są niezbędne. Ustawa śmieciowa jest absolutną koniecznością, jednak jej wprowadzenie spowodowało silny opór. Dlaczego tak się stało?

Opory i protesty mieszkańców nie brały się znikąd, tylko z imperatorskiego stylu wprowadzania wszystkich decyzji władzy, także tej o śmieciach. To sposób komunikacji, skrajnie lekceważący mieszkańców i niepozwalający im dojść do głosu – lub wręcz brak jakiejkolwiek komunikacji – odpowiada za ludzkie protesty i niezgody.

Dyskurs władzy od lat mówi „lud jest ciemny i nie chce segregować”. Władza każe, lud ma się podporządkować. W moim pojemniku segregacyjnym wciąż straszą obierki w folii, a butelki puste w niesegregacyjnym – lud olał dekret i robi coś władzy na złość? Bo tak długo, jak segregacja jest kolejnym „carskim dekretem”, nawet pod groźbą kary my się władzy nie damy.

Gorzej z segregacją przez instytucje: mimo drastycznego wzrostu opłat publiczne instytucje nie segregują. Papier z miejskiej administracji trafia do pojemnika na odpady organiczne, liście sprzątane z chodnika przez wynajętą przez miasto firmę do pojemnika na surowce. Mieszkańcy widzą, że dekret obowiązuje jedynie maluczkich – władza jest ponad prawem. To komunikat, że w rzeczywistości wcale nie chodzi o jakąś segregację, ekologię, zrównoważony rozwój czy jakość życia w mieście.

W Łodzi miejska legenda o śmieciarkach, które wywożą wszystko jak leci, ożyła za sprawą lokalnej dziennikarki. Wioletta Gnacikowska zapytała o los pakowanych do jednego wozu śmieci różnego rodzaju, i otrzymała standardową zapewne odpowiedź, że segregacja nastąpi na „wysypie”. Wysypisko obsługujące łódzkie Bałuty jest w Krośniewicach, sortownia w Kutnie, a kompostownia, do której powinny trafić mokre odpady organiczne, w Łodzi – napisała w łódzkim dodatku „Gazety Wyborczej” z 12 października 2013 r. Czy warto śmieci z Łodzi wozić 80 kilometrów do Kutna, stamtąd do Krośniewic 16 kilometrów, i niemal setkę z powrotem do łódzkiej kompostowni? – pyta dziennikarka w imieniu mieszkańców. I podobnie jak mieszkańcy żądający rzetelnej polityki śmieciowej nie uzyskuje żadnej odpowiedzi, poza biurokratycznymi wykrętami firmy wybranej przez miasto.

Ustawa śmieciowa ma więcej ofiar. Nagła zmiana zasad wycięła z rynku jednych, wpuściła innych. Działalność musieli zamknąć byli pracownicy miejskich służb oczyszczania, którzy na skutek poprzedniej reformy – zlecania usług w przetargu – zostali zmuszeni do samozatrudnienia, zakupu na kredyt często śmieciarek, i wrócili do punktu wyjścia, zwalniając tych, których po drodze zatrudnili.

Wśród ekonomicznie zmotywowanych mieszkańców zwiększył się nie tylko trend do zamykania śmietników, ale i niechęć wobec tradycyjnej bezpłatnej segregacji dokonywanej dotąd przez tzw. „nurków”. Ekonomizacja ekologii na usługach ustawy śmieciowej boleśnie uderzyła w solidarność społeczną i tradycyjne wartości, niezezwalające na marnowanie czegokolwiek, i każące niepotrzebne a przydatne jeszcze rzeczy dzielić z innymi. Wraz ze śmieciową rewolucją zniknęły przydomowe wystawki, nieregulaminowe pojemniki na suchy chleb, kartony na sterty reklam i stare czasopisma, worki z czystymi ubraniami – z których żyli „nurkowie”, ale i korzystali mieszkańcy. Teraz „graty” chcą odbierać od nas firmy, które na tym zarabiają, więc odbierają tylko to, co im się opłaca. Wraz z podporządkowaniem gospodarki odpadami rachunkowi ekonomicznemu w przeszłość odeszła tradycja dzielenia się z potrzebującymi współgrała z oszczędnością, przekazywaniem rzeczy dalej, szacunkiem dla ich wartości, trwałości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.