Fot. Rafael Matsunaga, flickr.com

Finansjalizacja to zmiana kulturowa

Jan Chudzyński , Natascha van_der_Zwan
27 sierpnia 2017
O finansjalizacji i jej wpływie na gospodarkę oraz życie codzienne z Nataschą van der Zwan rozmawia Jan Chudzyński.
Jan Chudzyński: Zacznijmy od wyjaśnienia, czym jest finansjalizacja.

Natascha van der Zwan: W najszerszym ujęciu oznacza to wzrost wpływu finansów i sektora finansowego na gospodarkę i społeczeństwo. W jednym z artykułów podzieliłam ten wpływ na trzy kategorie. I tak, po pierwsze, finansjalizację widzimy na poziomie makro, jako że zyski w gospodarce w coraz większym stopniu pochodzą ze źródeł finansowych. Chodzi o rozrost sektora finansowego w porównaniu do innych sektorów gospodarki, na przykład przemysłu czy usług. Przejawia się to także w tym, że firmy z innych sektorów rozpoczynają działalność finansową. Taki General Motors zarabia nie tylko na produkcji samochodów, ale także zyskuje na udzielaniu pożyczek na zakup swoich produktów.

Druga kategoria to zjawiska zachodzące wewnątrz korporacji. Dziś zamiast zwracać się do banków, korporacje zdobywają kapitał raczej za pośrednictwem rynków finansowych, przez co inwestorzy mają wobec nich pewne oczekiwania. Jednym z tych oczekiwań jest to, co nazywamy wartością akcjonariusza (shareholder value), a więc założenie, w myśl którego działalność firmy podporządkowana jest wypracowaniu maksymalnego zysku dla inwestora. A to bardzo często odbywa się kosztem innych grup, na przykład pracowników. Dobrze znane są stereotypowe przypadki, gdy po przejęciu firmy przez zewnętrznego inwestora w celu zwiększenia rentowności zwalnia się mnóstwo osób.

Trzecia kategoria to życie codzienne, w którym w coraz większym stopniu oczekuje się od ludzi, by zachowywali się jak inwestorzy albo dłużnicy. Dwa lata temu w Holandii w miejsce stypendiów na opłacenie studiów wprowadzono pożyczki. Studenci pożyczają pieniądze, które mają spłacić w trakcie kariery zawodowej. A to tylko jeden z aspektów finansjalizacji w systemie edukacji. Jest to też widoczne w systemie emerytalnym, w służbie zdrowia i w innych dziedzinach. Zamiast pozostać obywatelami, konsumentami lub pełnić inne role w społeczeństwie, ludzie stają się uczestnikami rynków finansowych.

Można powiedzieć, że to zmiany o charakterze cywilizacyjnym.

Cywilizacja to bardzo szeroka kategoria. To nie tylko zmiana ekonomiczna, ale też na pewno kulturowa. Oczekuje się, że ludzie będą się zachowywać w ekonomiczny, racjonalny sposób i jak inwestorzy będą maksymalizować swój zysk. To oznacza nakładanie na siebie dyscypliny comiesięcznych spłat zaciągniętych zobowiązań. W tym sensie to zmiana kulturowa, a nie tylko kierunek rozwoju gospodarki.

Oczywiście finansjalizacja wpływa też na konsumpcję i płace. Spójrzmy na kolejny przykład z sektora motoryzacyjnego, tym razem na fordyzm. Henry Ford mówił: „Muszę dobrze płacić pracownikom, tak żeby było ich stać na nasze produkty”. Powodem, dla którego finansjalizacja tak przyspieszyła, było to, że w wielu gospodarkach płace nie wzrastały zbyt szybko. Zamiast wyższych płac pozwalających na zakup większej ilości produktów, dziś udziela się kredytów i pożyczek. Zamiast zarabiać i oszczędzać, ludzie dostają karty kredytowe i pożyczki. Colin Crouch nazywa to sprywatyzowanym keynesizmem. Jego zdaniem dużej części konfliktów płacowych udało się uniknąć właśnie dzięki łatwym pożyczkom i możliwości zakupu dóbr, za które okres spłaty przychodzi dużo później. Ten moment nadszedł w czasie kryzysu finansowego, gdy część spłacających zobowiązania popadło w tarapaty.

Tak więc finansjalizacja to nie tylko poszukiwanie nowych źródeł zysku dla korporacji, ale także zmiana zależności między konsumpcją, płacami i produkcją.

A jak finansjalizacja zmienia ducha korporacji?

Zgodnie z ideą wartości akcjonariusza, firma ma maksymalizować zyski inwestorów. W ekonomii ten pomysł stał się bardzo popularny w latach 70. XX wieku. To była nowość, bowiem wcześniej przedsiębiorstwa miały cele społeczne, służyły społeczności. Udziałowcy lubią, gdy cena akcji rośnie i gdy firmy zajmują się swoją podstawową działalnością. Dlatego po II wojnie światowej sporo firm przemysłowych ograniczyło swoją działalność do obszarów, w których najlepiej sobie radziły.

Poza tym finansjalizacja promuje działania w krótkiej perspektywie czasu, ponieważ rynki finansowe są bardzo dynamiczne, a firmy mają co kwartał publikować swoje dane finansowe. To oznacza, że każda nowa inicjatywa powinna jak najszybciej okazać się rentowna. Inwestycje w nowe obiekty produkcyjne, które potrzebują dużo czasu, by przynieść zyski, nie będą tak popularne jak doraźne działania. Pozbycie się nadmiarowych pracowników nie zajmuje dużo czasu, z kolei nowa fabryka to projekt na 20 lat. Oczywiście to bardzo stereotypowe przedstawienie problemu i nie we wszystkich korporacjach prowadzi się takie praktyki, ale tendencja, by koncentrować się na wartości akcjonariuszy, jest bardzo silna.

Ironią losu wydaje mi się to, że zwiększająca obciążenia dla państwa dobrobytu finansjalizacja jest procesem wspieranym przez samo państwo.

Dokładnie tak. Państwo dobrobytu wcale nie rośnie. A to dlatego, że zostało przekształcone zgodnie z nowymi pomysłami. W wielu państwach poziom bezpieczeństwa uległ zmianie ze względu na spadek pewności zatrudnienia oraz mniej szczodre państwo dobrobytu. I to nie przypadek, bowiem to te same ekonomiczne i polityczne siły stoją za przeobrażeniem państwa dobrobytu i wzrostem finansjalizacji.

A co o tym zadecydowało? Konieczność, jakieś żelazne prawa, czy ideologia?

W okresie przed II Wojną Światową także występował pewien stopień finansjalizacji, dlatego niektórzy badacze mówią, że to powojenne państwo dobrobytu było anomalią, a nie okres finansjalizacji. A więc to tak, jakbyśmy wracali teraz do okresu przedwojennego.

Nie uważam, żeby to była kwestia ideologii. Mnie szczególnie ciekawi to, jak na ten proces wpłynęła wiedza. Tak jak wspomniałam, ekonomiści w latach 70. rozpowszechnili to założenie, że firmy powinny służyć udziałowcom…

To może jednak można to nazwać ideologią? Ekonomia przecież mocno opiera się na wartościach…

Tak. Zawsze martwi mnie charakterystyczna dla ekonomistów nierealistyczna wizja rzeczywistości społecznej. Nie chodzi o to, że ekonomiści nie są wystarczająco naukowi, tylko że w zbyt małym stopniu wpisują się w charakter nauk społecznych. Tak więc w pewnym momencie pojawiają się idee, które trafiają na podatny grunt wśród biznesmenów i polityków. Oni wprowadzają te pomysły do praktyki, wpływając tym samym na nasze życie codzienne. To nie tylko ideologia.

W jaki sposób finansjalizacja opanowała sferę publiczną? Adam Curtis w filmie dokumentalnym Hypernormalisation pokazuje, że kryzys fiskalny w Nowym Jorku z lat 70. był momentem, od którego finansjalizacja zaczęła wywierać coraz większy wpływ na rzeczywistość.

Rzeczywiście, wykupienie przez fundusz emerytalny obligacji bankrutującego Nowego Jorku było kontrowersyjne. Ale doprowadziły do tego różne procesy. Można powiedzieć, że sektor publiczny sam do tego się przyczynił, deregulując sektor finansowy. Są badania wskazujące na to, że było to wynikiem troski o konkurencyjność na globalnym rynku. Poza tym lobbing też miał na to wpływ.

Fundusze emerytalne są dla rządów bardzo atrakcyjne, ponieważ stanowią rynek dla ich produktów finansowych, na przykład dla obligacji rządowych. Dlatego rządy starają się stworzyć sektor funduszy, które mogłyby nabywać ich papiery. Dzięki temu uzyskuje się dodatkowe wpływy bez podnoszenia podatków.

Holenderski fundusz emerytalny pracowników służby cywilnej zawsze był traktowany jak koło ratunkowe na wypadek deficytu budżetowego. Jeśli rząd nie mógł spiąć budżetu, to zawsze miał w zanadrzu fundusz emerytalny, przy pomocy którego radzono sobie z problemem. W niektórych państwach istnieją nawet przepisy określające, jaką część swoich aktywów fundusze mają inwestować w rządowe obligacje.

Jest jeszcze jedna kwestia. W ramach zmiany kierunku na neoliberalny mówiono, że administracje państwowe mają być małe i nie mogą zbierać zbyt dużo podatków etc. Tak więc w celu pokrycia deficytów rządy zaczęły emitować obligacje, a dziś są to też derywaty i inne produkty. Miasta i stany w USA emitują obligacje emerytalne, które są narzędziami spekulacji. Władze nie są w stanie pokryć wydatków na emerytury swoich pracowników, dlatego szukają środków na rynku obligacji. Jeśli spojrzeć na to z perspektywy państwa dobrobytu, to wydaje się to szalone.

To jak próbować zasypać dół, kopiąc głębiej i głębiej.

Dokładnie. Gdybym była pracowniczką miasta odprowadzającą przez całe życie składki emerytalne, to byłabym wkurzona. Po pierwsze dowiadując się, że nie ma wystarczająco pieniędzy, by wypłacić emeryturę. A po drugie – widząc, że brakujące środki próbuje się uzyskać, wchodząc na te bardzo niebezpieczne rynki. Nie sądzę, żeby mi to odpowiadało.

Czy można powiedzieć, że tak jak są różne kapitalizmy, są też różne finansjalizacje? Czy pomiędzy państwami można dostrzec jakieś widoczne różnice w rozwoju tego procesu?

Uważam, że finansjalizacja to amerykański wynalazek. W USA rozpoczęła się dużo wcześniej niż w Europie, a także wydaje się tam być trochę ostrzejsza. Te różnice wynikają z faktu, że w Europie występują czynniki łagodzące finansjalizację, np. związki zawodowe. To one są w stanie zatrzymać taki proces lub sprawić, że będzie on łagodniejszy.

Tak więc są różnice. Są różne tradycje kulturowe i na przykład w niektórych państwach zadłużanie się jest bardziej akceptowane niż w innych. Tak samo są państwa, w których posiadanie nieruchomości i innych aktywów było promowane historycznie, wcale nie z powodu postępującej finansjalizacji. W Holandii bardzo ważne jest posiadanie domu – jako dorosły człowiek powinieneś mieć własny dom. Dlatego ludzie chętniej decydują się na kredyty hipoteczne.

Należałoby się jednak zastanowić, czy w Europie rzeczywiście mamy do czynienia z inną finansjalizacją, czy to po prostu efekt opóźnienia względem USA. Może się okazać, że to, co obserwujemy dziś w USA, za dwadzieścia czy trzydzieści lat nadejdzie do Europy.

Jak proces finansjalizacji ma się do dynamiki kapitalizmu? Czy przypadkiem właśnie w ten sposób nie ujawniają się jego wrodzone cechy?

To jest kapitalizm. W tym właśnie kontekście przychodzi mi na myśl dorobek francuskich socjologów, Boltanskiego i Chiapello, i ich książka, The New Spirit of Capitalism. Twierdzą oni, że kapitalizm jest siłą napędzaną żądzą ekspansji i odkrywania nowych rynków. Ta siła jest w stanie wchłonąć swoją krytykę, to znaczy, że każdy ruch przeciwko kapitalizmowi wywoła odpowiednie przekształcenia systemu, które są w stanie go unieszkodliwić. W momencie gdy państwo dobrobytu staje się problemem i przestaje się rozwijać, system odkrywa nowe rozwiązania i proponuje, że powinniśmy zachęcać ludzi, by brali kredyt.

Podobnie jest w przypadku mikrofinansów i mikrokredytów. Zamiast wyciągać ludzi z ubóstwa, wprowadza się ich do systemu finansowego…

To ekspansja rynku…

Tak, to ekspansja rynku, a nie ruch działający w kontrze do niego. Uważam, że diagnoza Boltanskiego i Chiapello jest wyjątkowo trafna, bo to dobrze widać na przykładzie poszczególnych procesów. Bardzo trudno jest oprzeć się procesowi absorpcji i integracji z systemem, a później równie trudno jest z niego wyjść.

Czyli finansjalizacja po prostu napędza ruch kapitału, który tradycyjnie krążyłby, dokonując ekspansji geograficznej lub podboju nowych branż.

Ale to także proces, który tłumi ludzką świadomość. Bo nie masz powodu, by krytykować system, dopóki możesz łatwo dostać kredyt na zakup ładnego domu i fajnych rzeczy, które sprawiają, że jesteś szczęśliwy. Dopiero gdy wybucha kryzys finansowy, ludzie nagle zdają sobie sprawę z tego, co system z nimi zrobił i jaka jest ich pozycja względem tak potężnych, sił jakimi są światowe rynki finansowe.

Niektórzy badacze twierdzą, że obserwowana przez ostatnie dekady konsumpcja dzięki rynkom finansowym i podtrzymywanie państwa dobrobytu przez finansowe aktywa stanowiły ogromną siłą depolityzującą. Dopiero w ostatnich kilku latach poznaliśmy prawdę i mierzymy się z konsekwencjami działania systemu, który jest bardzo niezrównoważony. Wiele osób zastanawia się, co teraz robić, jakie są alternatywy.

Finansjalizacja sprawia też, że możemy tracić poczucie odpowiedzialności za nasze pieniądze. Składki kierowane do funduszy emerytalnych mogą finansować przedsięwzięcia szkodliwe dla ludzi i środowiska.

To ciekawy wątek, szczególnie w przypadku sektora funduszy emerytalnych. Jakie cele mu stawiamy? Czy ma wypracować jak najwyższe zyski, a może powinien też służyć realizacji celów społecznych, np. inwestować w miejsca pracy, realizować cele ochrony środowiska i budować czysty system energetyczny? Oczywiście na to pytanie padają różne odpowiedzi.

Przedstawiciele ruchu ekologicznego powinni uczestniczyć w walnych zgromadzeniach akcjonariuszy i nakłaniać przedsiębiorstwa, by produkowały w bardziej zrównoważony sposób. Dobrym przykładem jest ruch pracowniczy, który bardzo aktywnie dba o to, żeby środki na ich przyszłe emerytury nie były inwestowane w firmy, które źle traktują swoich pracowników. Inni mogą powiedzieć, że to bez sensu i że jedynym zadaniem funduszu emerytalnego jest wypracowanie jak największego zysku. Pojawiają się też głosy, że stawianie celów innych niż ten jest nielegalne.

Kampanie wykorzystujące ten mechanizm wydają mi się bardzo ciekawe, promują alternatywę wobec zastanej rzeczywistości.

Są one szczególnie obiecujące, gdy w zwalczaniu zmian klimatu niespecjalnie można polegać na sektorze prywatnym i tradycyjnych mechanizmach rynkowych.

Fundusze zrobiły jednak ogromne postępy w tym, co nazywa się impact investment, np. w projekty ochrony środowiska. Mimo to wciąż jest to problem, gdy pojawiają się inwestycje z dodatkową motywacją, właśnie taką jak cele środowiskowe lub społeczne. Trzeba udowodnić, że taki projekt nie jest mniej opłacalny od zwykłych inwestycji, czyli że oprócz czynienia czegoś dobrego jest w stanie wypracować odpowiedni zysk dla inwestorów. To jest niełatwe i przez to największe fundusze unikają tego typu przedsięwzięć.

To musi być trudne, skoro zyski zwykle czerpie się z przedsięwzięć o zupełnie innym charakterze..

Dokładnie. W szczególności jeśli prezentujesz ekonomiczne podejście do wartości i mierzysz wszystko w kategoriach finansowych. Wartość może przecież być tworzona w inny, alternatywny sposób.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Finansjalizacja to zmiana kulturowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *