Fot: Flickr.com/Lowimagination

Czy rynek i kapitalizm uratują świat?

Jan Chudzyński , Rebecca Elliot
22 sierpnia 2017
O zrównoważonym rozwoju, greenwashingu, i ekonomicznym podejściu do środowiska z Rebeccą Elliott rozmawia Jan Chudzyński.
Jan Chudzyński: Czy badania prowadzone na styku ekonomii, socjologii i środowiska są popularne?

Rebecca Elliot: W ramach socjologii występują różne subdyscypliny, z którymi badacze silnie się utożsamiają, jednak dla mnie najciekawsze zagadnienia leżą właśnie na styku tych obszarów. Sporym zainteresowaniem cieszy się zgłębianie roli rynków, ekonomistów, praktyki gospodarczej oraz instytucji w kształtowaniu relacji społeczeństwa ze środowiskiem naturalnym. Poza tym zwraca się też uwagę na konsekwencje korzystania z ekonomicznych narzędzi, technologii i wiedzy w interwencjach mających rozwiązywać problemy środowiskowe.

Część socjologów, jak na przykład badacze z nurtu teorii krytycznej, przyjmuje podejście mikro i przygląda się temu, w jaki sposób ekonomiści wyceniają dwutlenek węgla, i próbuje wgryźć się w ich narzędzia. Z kolei ci zainteresowani spojrzeniem makro analizują strukturę światowej produkcji, to, jak zorganizowane są łańcuchy dostaw i co decyduje o mniejszym lub większym wpływie produkcji na środowisko.

W jaki sposób rzeczywistość gospodarcza podchodzi do problemów środowiskowych?

Najlepiej obrazują to pytania, jakie stawiamy sobie w związku ze zmianami klimatu. W kontekście społecznym i politycznym najważniejsze są koszty zmian klimatu. Chodzi o koszty, jakie społeczeństwa będą musiały ponieść w związku z częstszymi i groźniejszymi klęskami żywiołowymi, o nowe obciążenia dla państw, a także o koszty zaniechania podejmowania działań i koszty ograniczenia emisji dzisiaj. Te wszystkie pytania mają bezsprzecznie ekonomiczny charakter, a żeby zrozumieć rynki oraz sposoby wyceny dwutlenku węgla, potrzeba wiedzy eksperckiej, narzędzi i racjonalności, którymi dysponują ekonomiści, ale także inni eksperci i aktorzy społeczni. Czynniki społeczne i polityczne mają wpływ na określenie warunków funkcjonowania rynków. Polityka ma ogromny wpływ na to, jak wygląda np. handel emisjami.

Myślę, że te ekonomiczne pytania przede wszystkim wyrażają to, jak postrzega się koszty i wartości, zarówno w odniesieniu do środowiska dzisiaj, jak i jego możliwych przyszłych zmian.

Sporo ludzi stara się zmienić świat na bardziej zrównoważony, próbując w ten sposób łagodzić presję, jaką wywieramy na środowisko.

Dyskurs dotyczący zrównoważenia jest wszechobecny i niejednoznaczny. To jedno z tych wieloznacznych pojęć, których znaczenie zależy od tego, kto się nimi posługuje. Stąd mamy do czynienia ze sporym zróżnicowaniem, jeśli chodzi o faktyczny wpływ działań, które w zamyśle mają być zrównoważone. I właśnie tej kwestii dotyczą badania nad greenwashingiem. Uważa się, że zrównoważenie stało się niemalże mitem, symbolicznym zasobem, mogącym pomóc w sprzedaży produktów i usług. Główną obawą przed greenwashingiem jest to, że rozpraszając uwagę, doprowadzi do sytuacji, w której ludzie będą jedynie pozornie postępować dobrze, nie dokonując żadnych istotnych zmian, które rzeczywiście ograniczałyby wpływ produkcji i konsumpcji na środowisko.

Zrównoważenie widzimy też w sektorze publicznym, w lokalnych samorządach i instytucjach, są od tego nawet profesjonalni eksperci. Nie ma konsensusu co do tego, czy to dobrze, czy źle, i myślę, że najważniejsze jest obserwowanie tego, czym naprawdę jest zrównoważenie w danym kontekście, w którym występuje.

A więc jest to chwytliwe hasło. Tak jak rozwój…

Tak, i wyraża ono szczególny klimat, powiedzmy ducha epoki. Rozwój jest świetnym przykładem, bo tak jak globalizacja i rozwój, zrównoważenie nagle stało się czymś, co możesz studiować i w czym możesz znaleźć pracę. Zrównoważenie poszło w ślady rozwoju, dlatego mamy całe zastępy ekspertów zatrudnianych w biznesie, organizacjach ekologicznych czy administracji rządowej.

W jednym z artykułów pokazujesz, że na termin „zrównoważenie” (sustainability) można patrzeć na trzy sposoby. Jak rozumieć zjawisko zrównoważenia w odniesieniu do rynku i gospodarki?

We wspomnianym przez ciebie artykule staram się stworzyć ramy konceptualne, których socjologowie ekonomiczni mogą używać w badaniach nad zrównoważeniem. Podstawową zasadą jest to, że powinniśmy być agnostyczni co do tego pojęcia i nie powinniśmy zakładać, że wiemy co ono oznacza. I dlatego proponuję trzy różne ścieżki, które pomogą uchwycić znaczenie zrównoważenia.

Zrównoważenie w ramach rynku i gospodarki to pierwsza z nich. Odnosi się do urynkowienia zrównoważenia, które samo w sobie wydaje się nabierać wartości rynkowej. To sprawia, że dla części ludzi pewne rodzaje produktów, procesy produkcji albo modele konsumpcji wydają się bardziej wartościowe. W tym podejściu można więc zwracać uwagę na to, jak pewne produkty są przedstawiane jako przyjazne środowisku, jakie grupy konsumentów są na to wrażliwe, a także jak to się ma do dotychczasowej wiedzy na temat tego, jak ludzie konsumują.

W takim razie druga ścieżka – zrównoważenie wraz z rynkami i gospodarką.

To ujęcie ma uchwycić tendencję do wykorzystywania zasad rynkowych w celu osiągnięcia zrównoważenia. Na przykład wśród największych organizacji ekologicznych, przede wszystkim w USA, widoczne jest częstsze sięganie po narzędzia rynkowe. Wcześniej ten sam cel zrównoważenia próbowano osiągnąć, lobbując za regulacjami stanowymi czy pozywając podmioty zanieczyszczające, a teraz możliwości, jakie daje rynek, z jakiegoś powodu wydają się atrakcyjne. Chodzi też o to, że prywatne podmioty na konkurencyjnym rynku mogą być mobilizowane do działania bez stosowania przymusu. Można wykorzystać zachęty rynkowe i sprawić, że sektor prywatny stanie się bardziej zrównoważony.

Takie podejście do sektora prywatnego i rynku staje się coraz bardziej popularne wśród niektórych organizacji ekologicznych. Pokazuje to kolejną część układanki, a więc co oznacza używanie rynków i innych narzędzi ekonomicznych do poprawy stanu środowiska.

W końcu trzecia, moim zdaniem najbardziej interesująca kategoria – zrównoważenie rynku i gospodarki. To chyba spojrzenie na to, jak bardzo zrównoważeni możemy się stać w ramach świata, w którym żyjemy.

Tak, to w pewnym sensie pytanie egzystencjalne. Czy rynek i kapitalizm uratują świat? Socjologowie i krytyczni badacze społeczni dyskutują nad tym, czy kapitalizm jako system produkcji nie jest przypadkiem z natury niezrównoważony. Są tacy, którzy uważają, że nie da się rozmawiać o ograniczaniu zmian klimatu bez dyskusji nad tym, jak należałoby zmienić światową gospodarkę kapitalistyczną. Inni nie zgadzają się z tym i twierdzą, że w kapitalizmie rynki naprawdę dobrze radzą sobie ze wspieraniem nowych technologii, a także z wyceną dóbr i rozwiązywaniem problemów wywoływanych przez efekty zewnętrzne działalności gospodarczej. Często słyszę, że możliwe jest dokonanie pewnych zmian, które bez konieczności rozmontowywania kapitalizmu pozwolą nam na utworzenie zrównoważonego systemu gospodarczego.

Obawiam się, że tego typu podejście to tylko greenwashing i to się kiedyś na nas zemści.

Jasne, wszystko, czego używamy do rozwiązania problemów i do wyjaśnienia tendencji, oferuje określoną formę wiedzy i działania. Myślę, że w tym przypadku główne obawy dotyczą przesadnego polegania na rynkach, co może doprowadzić do zablokowania innych dróg prowadzących do zmian.

Wokół tego zagadnienia rysuje się podział wśród organizacji ekologicznych w USA i na świecie. Duże organizacje, które zaczęły zmieniać podejście do sektora prywatnego i reprezentują tzw. rynkową ochronę środowiska, wyraźnie różnią się taktyką od grup świadomych tego, że to wspólne, na przykład związkowe działania i protesty dają efekty. I ten tradycyjnie rozumiany aktywizm wciąż jest silny, zresztą widzimy, jak Donald Trump oraz protesty w Standing Rock dodatkowo go wzmocniły. Poza tym są jeszcze Bill McKibben i organizacja 350.org, którzy za sprawą aktywizmu starają się wywierać presję nie tylko na przemysł paliw kopalnych, ale także na osoby i instytucje w nie inwestujące.

Oczywiście jest wiele sposobów, żeby chronić środowisko. Obawy związane z koncentrowaniem się na działaniach w ramach rynku dotyczą tego, że pomija ono te inne sposoby, które na pierwszym miejscu stawiają równość i sprawiedliwość klimatyczną. Wiemy bowiem, że rynkom dobrze wychodzi kreowanie wygranych i przegranych, i podobnie może być, gdy rynkowo potraktujemy ochronę środowiska.

W takim razie nawet w ramach strategii skupiających się na mechanizmach rynkowych występują różne podejścia. Kampanie nawołujące do dywestycji są przecież czymś zupełnie innym, niż promowanie instrumentów rynkowych, takich jak ograniczenia i handel uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla.

Tak, ale tym, co je łączy, jest ogromna moc presji rynkowej. W kampaniach na rzecz dywestycji chodzi o stworzenie groźby pogorszenia reputacji inwestorów i firm, które mają udziały w przedsięwzięciach z sektora paliw kopalnych. W ten sposób podmioty, będące celem kampanii, materialnie odczuwają ich działanie. Ale to oczywiście jest zupełnie co innego niż wiara, że rynek zadba o dystrybucję zasobów, wyznaczenie cen i sam rozwiąże problem.

Te podejścia różnią się też sposobem angażowania podmiotów, które bierze się za cel działań. W przypadku działań rynkowych są to współpraca i partnerstwo pomiędzy grupami ekologicznymi i firmami. Jest to obecnie bardzo często spotykana forma działania. Z kolei kampanie dywestycyjne są zupełnie inne i wykorzystują tradycyjne formy protestu, na przykład na kampusach uniwersyteckich czy przy rurociągach.

To świadczy o wzroście świadomości tego, jak działa świat i gospodarka. W końcu rozumiemy, że pieniądze przekazywane do funduszy emerytalnych mają wpływ na rzeczywistość i że możemy domagać się zmian w polityce inwestycyjnej.

Jak najbardziej. Myślę, że najmocniejszą stroną kampanii dywestycyjnych jest to, czego nie znajdziemy w ramach tego, co nazywam zrównoważeniem w ramach rynku, a więc w zielonej konsumpcji. Oczywiście mogę kupić papier kuchenny z recyklingu lub t-shirt z organicznej bawełny i dzięki temu poczuć się lepiej, ale wiemy już, że tego typu zachowania konsumpcyjne są jedynie kroplą w morzu potrzeb. W rzeczywistości największy wpływ na środowisko mają te procesy, które odbywają się dużo wcześniej, zanim produkt trafi do konsumenta.

Kampaniom dywestycyjnym udało się stworzyć ruch, łącząc nasze indywidualne zachowania i to, co robimy z naszymi pieniędzmi. Ma on już na swoim koncie sporo sukcesów, doprowadzając instytucje do przemyślenia swojej polityki inwestycyjnej. W pewnym sensie taka tradycyjna polityka jest więc najlepszym narzędziem, by zachęcić ludzi do udziału w walce przeciwko zmianom klimatu i innym formom degradacji środowiska. Poza tym jest też najskuteczniejsza w osiąganiu tych celów.

Wycena wartości środowiska spotyka się z krytyką z powodu stosowania ekonomicznego podejścia i logiki w stosunku do świata naturalnego. Mimo to ta metoda przedstawiana jest jako jedno z kluczowych rozwiązań służących ochronie środowiska i wydaje się już niezastąpiona…

Chodzi o możliwość uwzględnienia wartości elementów, które w inny sposób nie mogłyby zostać ujęte w analizie kosztów i korzyści oraz planowaniu ekonomicznym. Opiera się to na przekonaniu, że gdyby ludzie musieli płacić za korzystanie ze środowiska, to znalazłyby się sposoby, by nim odpowiednio zarządzać i minimalizować koszty. Ekonomiści wkładają dużo pracy w to, żeby móc uwzględnić środowisko w tradycyjnych modelach, których używają, by wycenić wszystkie inne dobra.

Ciekawym przypadkiem jest rynek handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla. W teorii wydaje się on naprawdę prosty, jednak w praktyce to rozwiązanie okazuje się bardziej skomplikowane. Jak pokazują doświadczenia z europejskiego systemu handlu uprawnieniami (EU ETS) i systemu działającego w Kalifornii, to nie kwestie ekonomiczne są problemem, tylko polityka. Ekonomiści całkiem dobrze sobie radzą z projektowaniem zasad działania tego typu systemu, za to trudności pojawiają się, gdy trzeba ustalić, kogo ten system ma obejmować i czy uprawnienia będą przyznawane za darmo, czy sprzedawane w ramach aukcji. Tego typu decyzje polityczne są kluczowe w projektowaniu jakiegokolwiek rynku i dlatego pojawiają się wątpliwości co do wykorzystywania tego systemu w celu ograniczenia emisji.

Kalifornijski system handlu uprawnieniami rzeczywiście pomógł zredukować emisje, jednak należy pamiętać, że rynek nie działa w próżni. Największy spadek emisji wynikał bowiem z wprowadzenia standardów ograniczających zużycie paliwa, wymogów wykorzystywania odnawialnych źródeł energii oraz wprowadzanych przez władze stanowe zmian w sieci elektrycznej. Zwolennicy rozwiązań rynkowych często zapominają o tym, że obok rynków muszą działać też tradycyjne narzędzia w postaci odpowiednich regulacji.

Po latach zaprzeczania istnieniu zmian klimatu niektóre branże po prostu muszą uwzględnić w swoim działaniu ryzyko wywoływane przez ten proces. Dotyczy to między innymi badanego przez ciebie sektora ubezpieczeń.

Zmiany klimatu postrzegamy jako źródło ryzyka, a z nim zwykle wiąże się szkoda lub szansa. Dla podmiotów sektora finansowego, np. ubezpieczycieli, ryzyko jest więc potencjalną startą lub zyskiem. Myślę, że to może tłumaczyć zachowanie branży ubezpieczeniowej w reakcji na zmiany klimatu, a także nadzieje aktorów społecznych, którzy liczą na to, że branża ta stanie na czele działań.

Ubezpieczyciele są bowiem instytucjami finansowymi, których w pierwszej kolejności mogą dotknąć konsekwencje katastrof. W związku z zagrożeniem częstszego występowania powodzi, huraganów i innych zjawisk będą oni chcieli znaleźć sposób, by podzielić koszty tak, żeby były one możliwe do wytrzymania. Ale ubezpieczenia są też w stanie wpływać na indywidualne i zbiorowe zachowania. Jeśli mieszkam na terenie zagrożonym powodziami i mam wyższe koszty polisy, mogę podnieść swój dom, przez co obniżę ryzyko i wysokość składek. Ubezpieczenia mogą więc sprawić, że w tym zmieniającym się świecie będziemy bezpieczniejsi.

Z drugiej strony, ubezpieczyciele postrzegają też zmiany klimatu jako szansę. Polisa jest produktem rynkowym, w którego rozwój wkłada się duży wysiłek. Zmiany klimatu sprawiają, że stosowanie tradycyjnych metod opierających się o przeszłe statystyki nie ma sensu, i pokazują, że potrzeba innych sposobów modelowania i wyceny ryzyka. Ubezpieczyciele wprowadzają już nowe rozwiązania, ponieważ, jak w każdym biznesie, dbają o swoje zyski.

W tej branży nie ma już miejsca na dotychczasowe sposoby działania, „business as usual”. Ale jak pokazuje McKenzie Funk w Windfall, jest wielu upatrujących w zmianach klimatu okazji na biznes.

Postrzeganie ryzyka jako szansy nie ogranicza się do branży ubezpieczeniowej. Książka McKenzie Funka jest przykładem pięknego, wnikliwego dziennikarstwa i ukazuje przedstawicieli biznesu, którzy bardzo aktywnie starają się zarobić na zmianach klimatu. Na przykład oferując prywatne usługi pożarnicze, które, jeśli kogoś na to stać, zapewniają ochronę domu przed płomieniami. Topniejąca pokrywa lodowa umożliwi otwarcie nowych szlaków morskich oraz dostęp do nowych zasobów naturalnych, z kolei część branży budowlanej może zarobić na budowie ogrodzeń i murów, które pozwolą ekologicznie uprzywilejowanym odciąć się od migracji klimatycznych.

Obawiam się, że to, co pokazuje Funk, to początek tego, co zobaczymy w przyszłości, czyli zawłaszczania znikających zasobów, którymi można by dzielić się w bardziej sprawiedliwy sposób. Zresztą już dziś widzimy ludzi próbujących budować finansowe i polityczne twierdze, które mają chronić ich przed światem dotkniętym zmianami klimatu.

Wróćmy jeszcze do organizacji ekologicznych reprezentujących podejście rynkowe. W jakim stopniu jest to celowe działanie? Czy są oni świadomi zarówno zalet, jak i wad takiej strategii?

Moje wywiady z członkami takich organizacji pokazują, że ich podejście nie wynika z wiary w rynek, a jest raczej spowodowana frustracją wobec prowadzonej polityki środowiskowej. Rozmawialiśmy w czasie prezydentury Baracka Obamy, po ośmiu latach rządów George’a W. Busha, który wycofał USA z protokołu Kioto i nie był zainteresowany ochroną środowiska. W sytuacji, gdy próby dotarcia do Kongresu przypominają walenie głową w mur, a regulacje stanowe uchwalane są ze zmiennym powodzeniem, to chyba pragmatyczne jest przekonanie, że skoro nie da się dotrzeć do ustawodawców, to może lepiej porozmawiać z zanieczyszczającymi.

Myślałam, że wśród członków organizacji spotkam osoby szczerze wierzące w rozwiązania rynkowe, jednak tak się nie stało. Biorąc pod uwagę dostępne opcje, to po prostu pragmatyczne podejście. Choć to może się zmienić, tak samo jak wybór Donalda Trumpa na prezydenta może rozbudzić politycznego ducha tych organizacji.

W takim razie to podejście do ekologii może być czasem jedyną dostępną, krótkoterminową strategią. Ale pokazywanie, że nie ma alternatywy wobec działań rynkowych, też może się zemścić. Czy ta kwestia jest jakoś dyskutowana?

Tak. Jest bardzo dużo sprzeczek dotyczących tego, jakie podejście do ekologii jest najlepsze, i głosów wskazujących na to, że podejście rynkowe jest zbyt zachowawcze i że powinniśmy być bardziej ambitni i wymagający. Ja uważam, że powinniśmy pozwolić, by te różne podejścia funkcjonowały obok siebie, realizując różne cele. Wewnętrzna walka jest bowiem najgorsza i najmniej produktywna. Potrzebujemy przecież prawników skarżących zanieczyszczających, absolwentów studiów biznesowych angażujących Wal-Mart, a także protestujących w Standing Rock. To po prostu różne strategie.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *