Krótki felieton o sporcie, honorze i głupocie

FELIETONY SPORTOWE
8 listopada 2011

Po co oglądamy widowiska sportowe? Najróżniejsze mecze, zawody i wyścigi gromadzą przed telewizorami dużo większą widownię, niż wydarzenia kulturalne czy polityczne. Więc – czemu? Wydaje się, że jest jakiś niepowtarzalny smak w śledzeniu szlachetnej rywalizacji, fair play, gry według zasad.

Nie ma tego w innych dziedzinach życia: ministrami zostają idioci a gwiazdami popkultury – żałosne pustaki. I trwają na swych piedestałach latami, pomimo swego oczywistego idiotyzmu i pustoty. W sporcie – inaczej. Jest i tutaj trochę ściemy, sprzedanych meczów i przekupnych sędziów, ale generalnie dominuje surowa prawda: widać, kto przybiegł pierwszy, kto skoczył wyżej, kto kogo znokautował. Przyjemność z oglądania sportu, to w pewnym sensie przyjemność obserwowania niezakłamanej sprawiedliwości.

Na tę naszą przyjemność pracują ciężko sportowcy: ryzykują zdrowie, poświęcają życie prywatne. Pracują wiele lat, byśmy pewnego dnia mieli swoje pięć minut przyjemności przed ekranem. Tę przyjemność potrafią nam jednak zepsuć komentatorzy – idioci bez honoru, którzy czują się w prawie nadawać lub odbierać sens wysiłkom sportowców. I o tym jest ten felieton.

5 listopada podczas walki w formule K-1 Przemysław Saleta pokonał po niespełna minucie Marcina Najmana. Ten pierwszy jest byłym wybitnym bokserem i kick-bokserem, a poza tym wiemy o nim tyle, że nie ma jednej nerki, bo oddał ją córce, gdy potrzebowała przeszczepu. Ten drugi próbował walk bokserskich i MMA, ale wszystkie przegrał, a znamy go z tego, że występował w programie Big Brother. Panowie, delikatnie mówiąc, nie przepadają za sobą. Nie wszyscy musimy znać się na sportach walki i właśnie dlatego na Onecie ktoś uważający się pewnie za dziennikarza sportowego mógł napisać o tej walce tak:

Od początku zdecydowanie większą aktywność w oktagonie przejawiał Marcin Najman. Dwukrotnie udało mu się przewrócić Saletę, ale już po kilkudziesięciu sekundach walki (…) nabawił się poważnie wyglądającej kontuzji nogi.

Ponieważ wysiłek sportowców jest wart elementarnego szacunku, spróbuję objaśnić coś niefrasobliwemu komentatorowi. Po pierwsze w formule K-1 nie ma obaleń przeciwnika. Napisać, że „Najmanowi udało się dwukrotnie obalić Saletę” to jakby napisać, że „Kowalskiemu udało się dwukrotnie sfaulować Nowaka”. Każdy, kto ma elementarne pojęcie o sportach walki, widział Najmana pchającego się chaotycznie na przeciwnika (stąd te dwa upadki), machającego na ślepo rękami w jakiejś dziwacznej desperacji, oraz Saletę, broniącego się technicznie i spokojnie. W 46. sekundzie pojedynku Saleta zadał dwa celne sierpowe i to były jedyne dwa celne ciosy w tej walce, co widać na powtórkach. Najman nie trafił ani razu. Dwie sekundy później było po walce: Najman poddał się symulując kontuzję.

Tymczasem rzekoma „poważna kontuzja”, o której pisze komentator-idiota, to rozcięcie skóry wskutek zderzenia piszczel-piszczel. Każdy z nas, gdy zaczynał trenować, zaliczał na takie „kontuzje” kilkakrotnie na każdym treningu: nogi są wówczas jeszcze „nieokopane” i skóra łatwo pęka, a każde uderzenie w piszczel bardzo boli. I nikt z tego powodu nie schodzi do szatni. Po miesiącu treningu nogi twardnieją i można się kopać ile wlezie. To, co zrobił Najman, to było poddanie walki. A poddać się musiał, bo najwidoczniej wcześniej nie trenował i nie miał utwardzonych piszczeli. A więc nie „walczył świetnie, ale uległ kontuzji” tylko pchał się desperacko na przeciwnika i gdy po 48 sekundach dostał pierwsze dwa ciosy, poddał się udając kontuzję. Tak to było. Nie wypada komentować sportu, którego się nie zna kompletnie i nie rozumie się jego zasad na elementarnym poziomie.

Druga sprawa jest smutniejsza: na Onecie wypowiada się Jerzy Kulej, niegdyś wybitny bokser, a dziś człowiek zagubiony. Kulej nie raz publicznie deklarował, że wspiera Najmana i bodajże pomagał mu nawet w treningu. Co z tego wyszło, widzieliśmy. Więc sfrustrowany Kulej wygłasza jakąś głupawo-chamską opowieść o tym, że „Panowie walczą o honor, bo Najman odbił Salecie kobietę”. Kobiety, panie Jerzy, nie są nagrodami rzeczowymi w pojedynkach. A gdyby w tym, co pan ogłasza, był cień prawdy, to osoba upubliczniająca z niskich pobudek czyjeś prywatne sprawy niech lepiej zamilknie na temat honoru. Przegrana Najmana była tym razem sromotna, nie było widać u niego cienia przygotowania w żadnym elemencie. Panie Jerzy: wypada uczciwie powiedzieć: mój podopieczny zawiódł, gratuluję zwycięzcy. Tak by zrobił człowiek honoru, człowiek szanujący zasady. A przestrzeganie zasad jest tym, co nadal jeszcze czasami różni sport od polityki.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Krótki felieton o sporcie, honorze i głupocie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *