Walczyć o dziś, myśleć o jutrze

Bartłomiej Kozek
13 lipca 2018

Przyszłość pracy była jednym z tematów zielonej szkoły letniej w austriackim Grazu. Wrażeniami z dyskusji dzieli się prowadzący poświęcone mu publicysta Zielonych Wiadomości, Bartłomiej Kozek.

Austriaccy Zieloni nie mieli w ostatnich miesiącach najlepszej passy. Formacja straciła swoją młodzieżówkę, która zdecydowała się na start w wyborach parlamentarnych wspólnie z tamtejszymi komunistami. Po rozczarowującym wyniku głosowania nad układem listy wyborczej własny projekt polityczny postanowił zrealizować jeden z polityków partii, Peter Pilz.

Czarne chmury

Ekopolityczny elektorat podzielił się niemal dokładnie na połowę. Zarówno Lista Pilza, jak i Zieloni zdobyli około 4% głosów. Pech chciał, że tyle też wynosi obowiązujący w austriackich wyborach parlamentarnych próg wyborczy – tyle że formacja Pilza rzutem na taśmę go przekroczyła, Zieloni zaś ta sztuka się nie udała.

W efekcie wypadnięcia z izby niższej znaleźli się na rozdrożu. Choć ostatnimi czasy w sondażach udaje się im na nowo przekraczać próg, to do odzyskania swoich 10% elektoratu droga jeszcze daleka – nie mówiąc już o jego dalszym poszerzaniu. Skłania ich to do poszukiwania nowych tematów oraz propozycji programowych, które mogłyby na nowo zainteresować wyborców i umożliwić im tworzenie skutecznych koalicji na rzecz progresywnych postulatów politycznych.

Wszystko to dziać się musi w niekorzystnym dla nich klimacie politycznym. Koalicja premiera Sebastiana Kurza, składająca się z chadeków (OeVP) oraz prawicowych populistów z Austriackiej Partii Wolnościowej (FPOe) buduje swoją popularność na podsycaniu lęku przed migrantami, wykorzystując go do zwijania państwa opiekuńczego oraz osłabiania pozycji pracowników względem pracodawców (o czym za chwilę).

Kolejna rewolucja przemysłowa

Permanentna kampania wyborcza odbywa się w kontekście zmieniającego się świata. Jednym z aspektów tych zmian są zmiany, generowane przez procesy cyfryzacji i robotyzacji. Sztuczna inteligencja oraz wykorzystywane w produkcji maszyny mają potencjał do tego, by w znaczący sposób przeorać niejedną dziedzinę naszego życia – w tym również rynek pracy.

Sęk w tym, że nie do końca znamy trajektorię tych zmian. Najbardziej alarmistyczne badanie duetu Osborne-Frey oszacowało, że automatyzacji zagraża prawie co drugiemu (47% – w niejednym kraju europejskim, w tym w Polsce, przekraczać ma on 50%) miejscu pracy w USA. Badanie OECD szacują ryzyko na znacznie niższe (9%), jednak gdy do prac o wysokim potencjale automatyzacji dołączymy te z przedziału średnio wysokiego otrzymujemy wskaźniki bardzo podobne do tego badania.

W debacie wokół przyszłości pracy w związku z przemianami technologicznymi dominują dziś dwa podejścia.

Ścieżki zmian

Zwolennicy pierwszego z nich dowodzą, że tak jak przy poprzednich rewolucjach przemysłowych prace w jednych sektorach gospodarki zastąpione zostaną przez nowe, związane z obsługą nowych rozwiązań technologicznych. Stronnicy drugiej wizji ostrzegają, że tym razem może być inaczej i że czas najwyższy przygotować się na konieczność istotnych zmian – z wprowadzeniem jakiejś formy minimalnego dochodu gwarantowanego włącznie.

Na dwoje babka wróżyła? Możliwości rozwoju sytuacji na tych dwóch opcjach się nie kończą. Szczególnie ciekawy z ekopolitycznego punktu widzenia jest scenariusz (prezentowany choćby przez Ruperta Reada z brytyjskiego think-tanku Green House) łączący kwestie robotyzacji ze zmianami klimatu.

Zdaniem Reada może się okazać, że popyt na roboty nie będzie możliwy do zrealizowania z powodu ograniczeń surowcowych – a jeśli decydenci upierać się będą przy kontynuacji tego trendu mogą przyczynić się (chociażby z powodu zapotrzebowania maszyn na energię) do porażki w osiągnięciu redukcji emisji gazów cieplarnianych do poziomu umożliwiającego utrzymanie w ryzach wzrostu średniej temperatury na naszej planecie.

Ziemia ma głos

Powiązania między zmianami technologicznymi, stanem środowiska oraz sprawiedliwością społeczną bada w swej książce „Four Futures” Peter Frase. Wspomniane cztery opcje prezentuje wzdłuż dwóch osi, w której jedna reprezentować ma to, czy uda się nam przemóc ograniczenia ekologiczne, druga linia ma z kolei podzielić stojące przed nami opcje pod kątem realizowania (bądź nie) haseł sprawiedliwości społecznej.

Najbardziej optymistyczną wizją wydaje się ta, w której wkraczamy w erę, w której technologia umożliwia nam przezwyciężenie ograniczeń ekosystemowych oraz zwalnia nas z obowiązku pracy. Frase nazywa ten scenariusz „komunizmem”, choć mówiąc szczerze nic nie stoi na przeszkodzie, by określić go innym mianem, jak na przykład „ekotopia”.

Autor przypomina jednak, że technologia nie daje nam żadnej gwarancji, że jej upowszechnienie się oznaczać będzie życie w lepszym społeczeństwie. W scenariuszu „rentierskim” na przykład istniejące struktury (takie jak prawo autorskie) umożliwiają przechwycenie korzyści z postępu technologicznego przez bogatą garstkę. W efekcie upowszechniać się mają już istniejące nierówności, a większość z nas czeka zmaganie się z coraz bardziej niepewnym rynkiem pracy.

Technologia nie musi zresztą rozwiązać również problemów ekologicznych. Może się okazać, że mimo upowszechnienia się energetyki odnawialnej czy idei gospodarki o obiegu zamkniętym wciąż myśleć musimy o naszym wpływie na klimat i o ograniczonych zasobach, np. przydatnych w sprzęcie technologicznym minerałach ziem rzadkich. Jeśli uda nam się wówczas opracować i wdrożyć skuteczne narzędzia redystrybucji, wówczas wylądujemy w „socjalizmie”.

Jeśli się nam nie uda… Cóż, określenie tego scenariusza mianem „eksterminacyjnego” nie jest przesadzone. Na świecie obowiązywać zaczyna prawo dżungli, znane ze sporej ilości dystopijnych scenariuszy science-fiction. Bogaci zamykają się ze swoimi robotami w pilnie strzeżonych enklawach, cała reszta zaś walczy o przetrwanie, na własnej skórze doświadczając efektów nieokiełznanych zmian klimatu.

Zwijanie państwa dobrobytu

Sytuacja polityczna w Austrii nie doszła jeszcze rzecz jasna do tego scenariusza, trend okazuje się jednak dość niepokojący.

Rząd Kurza zdecydował się na obcięcie wsparcia finansowego dla osób mieszkających w kraju poniżej 5 lat – nieszczególnie ukrywając, że chodzić ma o zniechęcenie migrujących z Afryki czy Bliskiego Wschodu. Postanowił również zmienić kształt zasiłku dla bezrobotnych, które mają być tym niższe z miesiąca na miesiąc, im dłużej osoba je otrzymująca pozbawiona jest pracy. Cięcia dotknęły również programy skierowane na aktywizację zawodową osób zagrożonych wykluczeniem społecznym.

Spore protesty wzbudził niedawno kolejny rządowy pomysł – umożliwienie pracy nawet do 12 godzin dziennie i – tym samym – 60-tygodniowego tygodnia pracy. Wszystko rzecz jasna z zapewnieniami, że wspomniane rozwiązanie mieć będzie dobrowolny charakter. To, że pracownik próbujący odmówić „prośbie” szefa o wydłużony grafik nie ma często najlepszej pozycji negocjacyjnej w dyskusjach z pracodawcą zdało się umknąć uwadze prawicy…

Droga do odnowy

Dla austriackich Zielonych to jednocześnie wyzwanie i szansa. Wyzwanie, bowiem zdaniem uczestników warsztatu w Grazu ich widoczność w tym temacie przez długie lata była ograniczona w porównaniu do tematyki ekologicznej. Zarówno opinia publiczna – jak i po trosze sami Zieloni – cedowali odpowiedzialność za tematy pracy i polityki społecznej na socjaldemokratów.

W efekcie wciąż czekać ich ma (mimo posiadania w swych szeregach osób np. z doświadczeniem działaności związkowej i walki o prawa pracownicze) doprecyzowanie własnej wizji i sposobu, w jaki mogą oni odróżnić się od SPOe. W części landów na zachodzie kraju, w których socjaldemokraci są wyraźnie słabsi, mają wręcz szanse na ich zastąpienie w roli głównej siły progresywnej na szczeblu regionalnym.

Nie chodzi tu jednak o odróżnianie się dla samego odróżniania. Po pierwsze część działań socjaldemokratów w kwestiach społecznych za czasów kolejnych „wielkich koalicji” stała (jak w niejednym kraju) w sprzeczności z progresywnymi ideałami.

Choć w wypadku Austrii udało im się zagwarantować dostępność bezpłatnych studiów wyższych oraz ubezpieczenie społeczne osób zatrudnionych atypowo, to odpowiadać oni mają za upowszechnienie się tego zjawiska, stawiającego często dotkniętych nim pracowników w niekorzystnej pozycji.

Nowe i stare sojusze

Co ciekawe, przestrzeń do odbudowy i wzrostu – a przynajmniej interesujących dyskusji – pojawia się nie tylko po lewej stronie. Na niedawnych protestach przeciwko umożliwieniu zwiększania wymiaru czasu pracy obok związków zawodowych, socjaldemokratów czy Zielonych pojawili się również przedstawiciele „chrześcijańskich socjalistów”, wyraźnie zaniepokojeni neoliberalnym skrętem chadeków.

Zdaniem uczestników warsztatów pole aktorów, z którymi możliwa jest współpraca jest całkiem spore. Obejmuje ono związki zawodowe, organizacje samozatrudnionych, ale również społecznie odpowiedzialnego i zielonego biznesu.

Muszą oni jednak zmagać się ze (znanymi również w Polsce) problemami, takimi jak lęk części organizacji pozarządowych przed upartyjnieniem czy silnego powiązania części z nich z dominującymi do tej pory na scenie politycznej chadekami i (szczególnie) socjaldemokratami.

W poszukiwaniu języka

W jaki sposób wspomniane, krótko- i średnioterminowe kwestie polityczne, wiążą się z długofalową kwestią przyszłości pracy? Niewątpliwie w obu wypadkach spoiwem staje się konieczność wypracowania nowego języka mówienia o pracy, który będzie w stanie zarówno przekonywać elektorat, jak i być gotowy na bardzo różne scenariusze spowodowanych postępem technologicznym zmian.

Zieloni zdają się na nie najgorszej pozycji, jeśli chodzi o stworzenie takiego języka. Od swojego zarania kwestionowali technooptymistyczne założenie o nieuchronnym związku postępu technologicznego i społecznego, oferując w zamian wizję polityczności technologii. Dobrze czuli się również w poruszaniu ważnych z punktu widzenia przyszłości pracy kwestii, takich jak dzielenie się pracą poprzez skracanie czasu pracy czy prawa cyfrowe.

Wchodzenie na rynek pracy poszukujących sensu wykonywanych działań millenialsów, upowszechnianie się chorób zdrowia psychicznego czy wypalenie zawodowe – to wszystko kwestie, które czynią ekopolityczną opowieść o wymagającej sensu pracy potencjalnie atrakcyjnymi.

Kreśląc lepsze jutro

Wyzwaniem pozostaje rosnąca polaryzacja rynku pracy – zanik wymagających średnich kwalifikacji miejsc pracy przy jednoczesnym zwiększaniu się zatrudnieniu w zawodach wymagających tak niskich, jak i wysokich umiejętności.

To ważne, by myśląc o wzorcach pracy elastycznych, wysoko wykształconych specjalistów (jednego z dotychczasowych zielonych „targetów”) nie zapominać również chociażby o niebieskich kołnierzykach – zarówno w politycznym przekazie, jak i postulatach. Równie ważne jest pamiętanie, że nowa, spójna wizja pracy musi być gotowa na ziszczenie się różnych scenariuszy związanych z postępami zmian technologicznych.

Tematów i wątków do opracowania przez niejedną partię ekopolityczną nie brakuje. Kwestia własności technologii i związanej z tym władzy, tworzenia adekwatnych do wyzwań regulacji, uświadamianie, że nadchodzące zmiany mogą dotknąć każdą i każdego z nas (co umożliwia zawieranie nowych, nieoczywistych aliansów) czy jej zglobalizowany wymiar, widoczny np. w fatalnych warunkach pracy zatrudnionych przy wydobycia surowców do sprzętu elektronicznego…

To tylko niektóre wyzwania na drodze do stworzenia spójnej wizji przyszłości pracy. Wizji, która przyda się nie tylko w czasie tego czy innego cyklu wyborczego.

Zdj. Ratusz w Grazu

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.