Nowa praca, nowe problemy

Bartłomiej Kozek
10 marca 2017

Z dyskusji o zielonych miejscach pracy przeszliśmy do debat o tym, czy w ogóle będziemy pracować. Wszystko przez automatyzację.

Nic oczywiście nie nastąpi z dnia na dzień. Czeka nas jeszcze sporo roboty przy termorenowacji budynków czy stawianiu nowych mocy energetyki odnawialnej. Również w sektorze opieki nie wszyscy – na pewno nie od razu – zachwyceni będą wizją zastąpienia dajmy na to pielęgniarki przez robota.

Nie do końca również wiadomo, czy spełnią się od dawna już wieszczone wizje końca pracy. Obok trendów zdających się potwierdzać ryzyko faktycznej likwidacji zatrudnienia w szeregu sektorów (np. w transporcie) pojawiają się głosy, że jak przy poprzednich rewolucjach przemysłowych pojawią się zawody, o których nie mamy jeszcze pojęcia.

Niektórzy zwiastują nawet… tryumf humanistów, którzy wrócą do roli objaśniających i analizujących świat na poziomach, na których nie operują dzisiejsze algorytmy.

Już dziś – zgodnie z zasadą „przezorny zawsze ubezpieczony” – pojawiają się postulaty mające umożliwić nam poradzenie sobie w przyszłym, zautomatyzowanym świecie. Najbardziej znanym jest minimalny dochód gwarantowany, ale pojawiają się i inne. W trwającej we Francji kampanii wyborczej kandydat socjalistów, Benoit Hamon, apeluje na przykład o opodatkowanie robotów.

Kreślenie mapy

By jednak w ogóle móc zacząć merytoryczną dyskusję o przyszłości świata pracy dobrze byłoby zebrać najważniejsze elementy jej zmieniającego się oblicza. Do takiego też wniosku doszła brytyjska New Economics Foundation, która wraz z biurem Fundacji im. Friedricha Eberta w Londynie przygotowała seminarium na temat nierówności w gospodarce cyfrowej.

Seminarium, z którego powstał ciekawy raport końcowy. Co z niego się dowiemy?

Biorące w nim udział ekspertki i eksperci zauważyli, że dyskusje na temat wpływu technologii na nasze życie przybierają różne formy – i wiążą się z nieco innymi wyzwaniami – w zależności od dominującego w danym kraju typu kapitalizmu.

W wypadku Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, w których zjawiska deindustrializacji mocno odbiły się na jakości życia klas robotniczych (amerykański „pas rdzy”, północna Anglia), dyskusja przybiera bardziej pesymistyczne tony niż na przykład w Niemczech, którym udało się swój przemysł zachować w znacznie lepszym stanie.

Większy optymizm nad Renem i Szprewą widać było m.in. czytając „Zieloną rewolucję” Ralfa Fücksa, w której sceptycyzmowi wobec wizji świata bez wzrostu gospodarczego towarzyszył entuzjazm wobec osiągnięć nauki i techniki.

Jeszcze inny kontekst społeczny, mogący ułatwiać zachowanie dotychczasowej formy sieci zabezpieczeń społecznych obserwujemy w krajach skandynawskich. Przeważający w nich uniwersalny charakter świadczeń socjalnych stanowi stabilniejszą podstawę do utrzymywania solidarności z osobami tracącymi zatrudnienie w wyniku automatyzacji i cyfryzacji niż modele, oparte np. na systemach indywidualnych składek.

Nowe terytoria

Spowodowane chwytliwie nazywanymi „czwartą rewolucją przemysłową” zmiany zachodzą w kontekście już wcześniej zauważalnych tendencji, takich jak prekaryzacja pracy, upowszechnianie się elastycznych form zatrudnienia czy nierównej dystrybucji pracy. Działania takie jak skracanie tygodniowego czasu pracy, mające być odpowiedzią na przemiany technologiczne będą mieć również wpływ na wspomniane przed chwilą tendencje.

Znane również nad Wisłą problemy z działalnością związkową w gospodarce cyfrowej zaczynają wchodzić na kolejny poziom.

Świadczący usługi dla Ubera czy brytyjskiej firmy Deliveroo muszą walczyć o status pracowników, będąc najczęściej spychanymi w fikcyjną działalność gospodarczą. Utrudnia im się samoorganizację, a brak globalnych reguł sprawia, że sukces w jednym kraju nie przekłada się automatycznie na poprawę sytuacji w innym.

Z sektorem „nowej gospodarki” jest zresztą jeszcze jeden problem, a mianowicie rozziew między szczytnymi praktykami a realiami. Firmy takie jak Uber nie tylko tworzą nowe rynki, ale bardzo szybko je monopolizują. Gromadząc oraz analizując cenne dane o klientach i ich zwyczajach dysponują zarówno ilościową, jak i jakościową przewagą nad potencjalną konkurencją.

Korporacje te jednocześnie bardzo dbają o pokazywanie się jako kluczowi gracze w procesie „kreatywnej dysrupcji” i „ekonomii dzielenia”. W praktyce udało się im zepchnąć na margines te lokalne inicjatywy, które przez długie lata posługiwały się tym drugim tytułem, takie jak lokalne waluty czy banki czasu.

Pomysły na przyszłość

Co zatem możemy zrobić, by odnaleźć się w tej dynamicznie zmieniającej się sytuacji? Obok skracania czasu pracy czy rozważenia minimalnego dochodu gwarantowanego pojawiały się również inne pomysły, takie jak zobowiązanie firm z sektora „gospodarki platformowej” do tworzenia wolnych od ich ingerencji przestrzeni internetowych, umożliwiających samoorganizację pracownic i pracowników.

Grząskim tematem stają się nasze dane. Zasadnym staje się pytanie o to, czy obecnie świadomi jesteśmy ich wagi oraz tego na co się zgadzamy, przekazując je różnego rodzaju podmiotom gospodarczym.

Ich gromadzenie – również przez sektor publiczny – generuje nowe pola ryzyka, takie jak nieuprawniony dostęp do informacji o naszym stanie zdrowia, zbieranych przez smartwatche.

Jedną z propozycji badaczy staje się umożliwienie nam swobodnego i automatycznego przepływu zgromadzonych o nas danych z jednej platformy internetowej na drugą – na przykład informacji o otrzymanych przez kierowców Ubera recenzji i ocen do innego gracza na rynku przewozu osób w wypadku zmiany firmy, pod parasolem której chcą działać.

To tylko niewielki wycinek spośród pytań i potencjalnych rozwiązań, zaproponowanych w publikacji pokonferencyjnej. Gra warta jest świeczki – jak pokazują cytowane w niej badania upowszechnianiu się elastycznych form zatrudniania (do czego „nowa gospodarka” walnie się przyczynia) towarzyszy rosnące niezadowolenie z jakości życia dotkniętych tymi procesami osób.

Na szali wisi również przyszłość sieci zabezpieczeń społecznych, a nawet utrzymanie i tak już rozchwianej na Globalnej Północy spójności społecznej. Problem nie jest wyłącznie teoretyczny – wraz ze wzrostem znaczenia Ubera w Londynie spada zatrudnienie w tamtejszym sektorze taksówkowym. Patrząc się na polskie boje z tą aplikacją trudno uwierzyć w to, byśmy mieli od tych problemów uciec.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *