ISSN 2657-9596
Fot. Obóz dla Klimatu/FB

Kartka z pamiętnika, Obóz dla Klimatu 2019

Janka Kowalska
3 października 2019
Ten reportaż piszę przeszło dwa miesiące po Obozie. Wydarzeniu dającym odczuć całe spektrum emocji, od euforii, przez zmęczenie, smutek, niezrozumienie, aż do pogody ducha, pogodzenia się ze stanem rzeczy, czy niesamowitego wszechogarniającego poczucia zadowolenia, tak po prostu.

To wszystko można zamknąć w ramach krótkiej charakterystyki aktywizmu. Bo aktywizm to nie tylko kolorowe akcje, radosne przemarsze, poruszające przemowy, często to także bezsilność, frustracja, poczucie opresyjności. Myślę, że do wielu z nas ta druga strona medalu, przyszła dopiero po wydarzeniach sobotnich i po wyjeździe ze Stawisk, ale co po niektórzy mierzą się z nią i do teraz.

Wtorek, 16 lipca

Przygnębiający wtorkowy dzień z deszczem w roli głównej. ODK samoorganizuje się zanim zdążę przekroczyć jego progi, których w gruncie rzeczy- nie ma. Jest pomoc, zewsząd, uczestnicy zgłaszają się do odbioru nowo przyjeżdżających ze stacji oddalonej o kilkanaście kilometrów od miejsca obozowiska. Kiedy dojeżdżamy do obozu po jednej stronie widać rozciągające się pole. Im później, tym bardziej będzie się rozrastać, aby w sobotę osiągnąć swoje maksimum możliwości. Po drugiej stronie, przy drodze, czeka infopunkt, strategiczne miejsce obozu, przystanek dla wielu zainteresowanych zgromadzeniem – mnie lub bardziej  wypytujących, o co nam w ogóle chodzi. Widzę jednak to poletko, we wtorek, dzień rozpoczęcia obozu, jeszcze dosyć przerzedzone: jeden wykładowy namiot, w oddali namiot cyrkowy, no i toalety. A gdzie wszyscy, gdzie prysznice, jedzenie, jakaś przestrzeń do integracji czy regeneracji?

Niestrudzenie więc zmierzam na poszukiwania i wtedy, za wzgórzem cyrkowym, wyłania się urocza dolinka z kuchnią Food Not Bombs, polowymi prysznicami, tematycznymi namiotami Extinction Rebellion, czy obozowej grupy medialnej i wanną z odzysku służącą za długą umywalkę. Idealnie miejsce do rozmowy, bo jak tu się nie integrować, kiedy szorując zęby ktoś, tuż obok Ciebie, myje stopy. Pierwszy dzień to czas euforii, odnajdywanie przyjacielskich twarzy, poznawanie nowych. Dla tych wcześniej przyjezdnych trwa już pierwszy dzień edukacyjny, od rana odbywają się warsztaty. Nie udaje mi się załapać na spotkanie z wolontariuszami projektu Make Rojava Clean Again dotyczącego autonomicznego terytorium na granicy Syrii, w którym demokracja bezpośrednia, feminizm i ekologia stanowią podstawę funkcjonowania tamtejszej społeczności. We wtorek wciąż jest kameralnie, wszyscy gdzieś latają, coś załatwiają, chociaż znajdą się i tacy co bardziej niż organizacją, zajmują się głęboką regeneracją, czyli wypoczynkiem nad okolicznym jeziorem. O dziwo, w okolicy ostało się jeszcze kilka, a jedno z nich było na tyle blisko, że obozowicze mogli przejść się nad nie spacerkiem. Z tym, że mnie się jakoś nigdy nie udało.. Między rozważaniami o jeziorze załapuje się na spotkanie Disrupt Fossil Finance i już czuję ten przypływ solidarnościowej mocy. Tak jakbyśmy zamknięci w namiotach warsztatowych byli w stanie naprawdę zrozumieć, gdzie i dlaczego jesteśmy, i o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Poza namiotem mam wrażenie, że się nie rozmawia. Jakiś czas temu miałam okazję porównać obóz z dwudniowymi warsztatami aktywistycznymi, gdzie praktycznie przez większość czasu rozmawialiśmy na tematy około klimatyczne. Na obozie miałam poczucie, że zdarza się to sporadycznie. W większości na wykładach, warsztatach, ale poza nimi tak, jakbyśmy trochę tego nie potrzebowali, nikt nie musiał tłumaczyć nikomu co dzieje się obecnie na Ziemi, i co nasza czeka, a przede wszystkim jakie kroki w związku z tym postanowiliśmy podjąć. I jakoś to poczucie rosło w nas z dnia na dzień, jakaś zmowa milczenia wisząca w powietrzu, napięcie, którego nie sposób zbić. Bo jak tu mówić o nadchodzącej akcji (nieposłuszeństwa obywatelskiego), a tym samym zachowywać środki ostrożności? Nikt, nic tak naprawdę nie wiedział, wszyscy jednak czuli co się święci. Ten czas poprzedzający masowe obywatelskie nieposłuszeństwo to równie strategiczny element, nie patrząc już nawet na to, że siłą rzeczy milczy się do ostatniej chwili, ale napięcie, które jest budowane może triumfalnie wypełnić się w kulminacyjnym wybuchu – w dzień samej akcji.

Środa – czwartek, 17 – 18 lipca

W kolejnych dniach czekała na nas moc atrakcji i wiedzy, bo było o wycinanych drzewach w Bieszczadach i o chroniącej je Inicjatywie Dzikie Karpaty, było o nadchodzącej kampanii by2020weriseup, były spotkania kapitalizmu z ekologią, czy opowieści o Krakowskiej Elektrowni Społecznej. Mnie jednak zaprzątały w ty, dniu warsztaty akcyjne, gdzie niepewność urosła do takich rozmiarów, że o mały włos, a zrezygnowałabym z uczestnictwa w akcji. No a później zajęliśmy się przygotowywaniem do odczytu Globalnego Ocieplenia Serc autorstwa Jaśka Kapeli, sztuki performatywnej, o tym jak to DiCaprio przyjeżdża do polskich przeciętniaków, aby stali się twarzą swej własnej kampanii proklimatycznej. Groteska z przekąsem! Kiedy tematyka klimatyczna ostatecznie wejdzie do mainstreamu ta sztuka podbije sceny polskich teatrów.

I tak oto mijały dni, program nie pozwalał się nudzić, łeb pękał od ilości przyswajanych informacji, a przy okazji jeszcze wszyscy braliśmy odpowiedzialność za funkcjonowanie obozu. Przyjeżdżając tam, nie było się kimś z zewnątrz, tylko częścią współtworzącą przestrzeń. Chcesz, żeby coś zostało wprowadzone, coś Ci nie odpowiada, chcesz coś zrobić – odezwij się na plenum (spotkania całego obozu, na których wspólnie omawia się i decyduje o najważniejszych kwestiach). Wszystko oddolnie, od nas, dla nas.

Piątek, 19 lipca

Coś zaczyna się dziać! Od rana ekipa Młodzieżowego Strajku Klimatycznego ewidentnie organizuje siły na sobotnią demonstrację. Wszędzie trwają spotkania, co raz kolejne plenum.

Sobota, 20 lipca

Jest wcześnie rano, wszyscy spaliśmy bardzo krótko, ale nie jesteśmy zmęczeni, ja nawet nie potrzebuję kawy, adrenalina wystarczająco mnie stymuluje. Moja grupa wychodzi najpóźniej, żegnamy się z wszystkimi, tymi idącymi na legalną demonstrację oraz pozostałymi grupami akcyjnymi. Czuć siłę w powietrzu. Wiemy, że możemy dużo, a przynajmniej w tym momencie w to wierzymy. Chciałoby  się krzyczeć, ale jeszcze nie możemy, jeszcze na to nie czas, bo pierwszych parę kilometrów musimy pozostać w całkowitej ciszy. Zaraz po wyjściu z polnej drogi z lasu, w blasku wschodzącego słońca widzimy pierwsze radiowozy. Wiemy, że będzie gorąco. Policjanci nie podejmują jeszcze żadnych działań poza obserwacją. Widzimy jak w okolicy budzi się życie, ludzie wychodzą z domu załatwiać pierwsze sprawunki, odmachują nam, niektórzy są zaskoczeni, po innych zupełnie nie widać żadnego zszokowania, tym, że o 7 rano w sobotę, widzą grupę ubraną w białe kombinezony i maski przeciwpyłowe przemierzającą drogę małej wsi pod Koninem.

Może dzień jak co dzień, ale na pewno nie dla nas. Czuję się jakbyśmy przekraczali kolejne etapy, kiedy nagle z asfaltu znów schodzimy w las – tętno przyśpiesza, wiemy, że jesteśmy coraz bliżej, chociaż nikt wciąż się nie odzywa. Biegniemy. Kiedy robimy przerwę zbieramy się na ustalenia i to wtedy, 20 minut przed akcją, pojawiają się pierwsze informacje, dokładnie tak jak miało być. Cieszę się, ale zarazem zaczynam odczuwać napięcie koncentrujące się w brzuchu.

Zbliża się nieuchronne, coś na co wszyscy czekaliśmy ze swego rodzaju niecierpliwością. Każdy z nas podjął decyzję, bo czuł, że inaczej już nie można. Teraz przyszła chwila spełnienia. Później znów las, polna droga i w końcu wychodzimy na asfalt. Dosłownie 200 metrów za rowem znajduje się nasz cel. Jesteśmy naprawdę bardzo blisko. Idziemy w oczekiwaniu na sygnał. Auta zaczynają się zjeżdżać, a drzwi otwierać. Biegniemy, rozpraszamy się. Słyszę tuż za sobą rzucanie k****** i że mam padać na ziemię, w czym pomóc miała mi pałka wymierzona trzykrotnie w moje uda. Nie pomogła. Biegnę dalej. Nie wiem gdzie są moi znajomi, nie widzę twarzy, ale wszyscy pomagamy sobie nawzajem. Jednak wiem co robię, odpowiednio się do tego przygotowałam. Wiem, że w obliczu nadchodzącej katastrofy klimatycznej nie ma już czasu na opieszałość. Dlatego tam byłam, chwilami sama, jak my wszyscy. Nasze działanie było dla Polski przełomowe, lecz nasza grupa, w stosunku do sił policji niewielka. W szczególności, gdy na horyzoncie widać oddziały antyterrorystyczne, a nad głowami lata helikopter, można poczuć się w tym wszystkim malutkim.  Zostaliśmy otoczeni tuż przed samą odkrywką. Nasz ludzki zasób drastycznie się skurczył. Wciąż jednak byliśmy silni. Były negocjacje, debaty, śpiewanie piosenek, wspólne jedzenie. Jednocześnie próbowaliśmy się ochronić przed morderczym upałem. Ostatecznie przystaliśmy na wyprowadzenie nas z terenu przez policję. Mieliśmy co do tego spore wątpliwości. Czy nasza decyzja nie jest w gruncie rzeczy zaprzeczeniem obywatelskiego nieposłuszeństwa? Z drugiej strony grupa licząca kilkanaście osób nie spędziłaby tam więcej niż 15 minut..

Po wyjściu wciąż czuło się moc, zdzieraliśmy gardła i chcieliśmy walczyć dalej. Morale jednak szybko opadły, kiedy nie dotrzymując umowy, policja nie pozwoliła nam opuścić miejsca po spisaniu naszych danych. Zostały nam postawione zarzuty z kodeksu ruchu drogowego. Mandat za przemieszczanie się w nieprawidłowy sposób po drodze. Nie przyjęliśmy ich, więc przygoda dla niektórych z nas, wcale się jeszcze nie skończyła.

W tym samym czasie Młodzieżowy Strajk Klimatyczny zorganizował pokojową manifestację w Kleczewie, gdzie w rytmach „Samby” mówili o niezgodzie młodzieży na tak krótkowzroczną politykę światowych rządów i deklarowali swoją gotowość do walki o wspólną przyszłość. Następnie, już wspólnie rozciągnęliśmy ogromną, czerwoną wstęgę wzdłuż jednej ze stron odkrywki, jednocześnie śpiewając i, pomimo wyczerpującego dnia, nadal wzajemnie się wspierając skandowaniem. W życiu nie widziałam tylu odważnych i silnych ludzi. Nasze „Power to the people because people have the power! Tell me could you feel it, this is stronger every hour! Power, people!” – niosło się tego dnia na całą Polskę.

Powrót z akcji

Oprócz bólu i zmęczenia na powrót zaserwowano nam szczyptę represji. Zatrzymania, niezliczone rutynowe kontrole pojazdów i osób  w nim przebywających, mandaty za „przepalone tłumiki”. Były oczywiście kontrole alkomatem i testy na narkotyki. Nawet wracając już po obozie do rodzinnego miasta nie obyło się bez mandatu, wystawionego nam w Koninie. Długa dyskusja i przedstawienie racjonalnych argumentów policji, że w przypadku nie zmienienia przez nas pasu, doszłoby do kolizji – nie pomogło.

Wieczór, wszyscy znowu razem

Atmosfera w obozie pod naszą nieobecność musiała być równie gęsta jak przy samej odkrywce. Jednak z kolejnymi powrotami uczestników akcji ciśnienie powoli spadało. Były łzy, rozgoryczenie, ale przede wszystkim też ulga. Zrobiliśmy świetną robotę, ponad trzydziestce z nas udało wejść się na teren kopalni i co najważniejsze wszyscy wrócili (względnie) cało z powrotem. To, co działo się na wieczornym plenum, pierwsze wspólne oglądanie filmiku  zmontowanego z akcji i emocje temu towarzyszące pozostawię dla siebie. Niech ta tajemnica będzie zachęta dla wszystkich tych, którym w tym roku nie udało się dojechać do dołączenia do nas za rok!

Niedziela, EWALUACJA

W obozie od rana znowu poruszenie, powoli zaczynają znikać namioty. Jednak jeszcze przed rozjechaniem się w swoje strony następuje kluczowy moduł ewaluacyjny. Dzieląc się na grupy omawiamy kolejne etapy przygotowania i przebiegu samego obozu, demonstracji i akcji. Tworzymy grupy lokalne, dołączamy do grup zadaniowych na przyszły rok. Odpoczynek odpoczynkiem, ale  walka jeszcze się nie skończyła. Wszystko nabiera tempa, ostatnie momenty w obozie są niezwykle intensywne. Zbieramy do siebie kontakty, jemy ostatnią wspólną zupę.

Wrzesień

Obóz się nie kończy, ale nie nasza działalność. Jesteśmy ruchem oddolnym, który urósł tego lata w niebotyczną siłę. Działamy lokalnie, przygotowujemy się na wrześniowy tydzień ogólnej mobilizacji By2020weriseup. Sporo myśli, trochę nierozwiązanych wątków wciąż kłębi mi się jednak w głowie. Nie było przecież tylko kolorowo… Ogrom refleksji z tym czasem związany, jest dla mnie jednak nauką bezcenną. No i przede wszystkim, patrzę dookoła i mówię sama do siebie „Ładnie na tej planetce, jest o co walczyć”.

Do zobaczenia na aktywistycznym szlaku, niebawem!

Ilustracje: Justyna Diabaszewska


Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.